Prawdziwa górska Zawierucha


Uwielbiam biegi, których nazwa wskazuje na ciężkie zawody, a później dodatkowo okazuje się, że jest po prostu idealna do panujących warunków. Dwa dni temu miałem przyjmność wystartować w tego rodzaju przygodzie i na kilka godzin przenieść się do innej krainy.

Słowa przygoda nie użyłem we wstępnie przypadkowo. Czas spędzony na trasie Zawieruchy był niesamowity i długo będę go wspominać. Wiele czynników złożyło się w całość i wyszła z tego jedna z moich najtrudniejszych przepraw przez Beskid Śląski.
Już od miesiąca było wiadomo, że w górach jest źle. Śniegu nadal nie brakuje (a chyba ciągle go przybywa), wieje, a dodatkowo jest bardzo zimno. Na odprawie dowiedzieliśmy się, że trasa została delikatnie zmodyfikowana, bo niektóre jej części są kompletnie zasypane. To mnie akurat ucieszyło, bo już od kilku dni obawiałem się nadchodzącego wyzwania, zwłaszcza, że nie czułem się ostatnio jakoś super wybiegany, a ten start miał być dla mnie jedynie testem po wprowadzeniu do przygotowań do nowego sezonu. Brak formy przed tak wymagającym biegiem nie wpływa pozytywnie na pewność siebie.
Na starcie stanąłem jednak z uśmiechem na twarzy. Tęskniłem za rywalizacją i miałem zamiar postarać się o dobrą lokatę. Od samego początku trzymałem się prowadzącego zawodnika, jednocześniej stopniowo uciekając całej reszcie stawki. Pierwsze metry to asfaltowy podbieg w kierunku Karkoszczonki, na którym jeszcze kompletnie nie zdawałem sobie sprawy co czeka mnie za kilka chwil.
Już pierwszy kontakt z lasem był trudny. Wąska ścieżka na szerokość niewiele większą niż szerokość stopy, a po bokach twardy, zmrożony śnieg. Jakby tego wszystkiego było mało, to już na pierwszym zbiegu źle pobiegliśmy i zgubiliśmy trasę. Z pierwszych dwóch miejsc spadliśmy w okolicę 6-7 pozycji.
Na Karkoszczonkę docieram już jednak piąty i widzę wszystkich czterech zawodników kilkaset metrów przed sobą. Rzucam uśmiech w kierunku mojej ulubionej Kapliczki i lecę dalej. Na kotarz docieram już na drugiej pozycji i staram się dotrzymywać kroku prowadzącemu zawodnikowi. Sytuacja nie ulega zmianie aż do Salmopolu. Jedyne co się zmieniło to poziom naszego zmęczenia, bo przebyty przed chwilą odcinek wymagał ciągłego skakania, stabilizowania oraz chronienia się przed upadkiem. Śniegu ciągle mniej więcej do połowy łydki i cały czas sypie!
Na bieg zabrałem niestety tylko żele. Nigdy ich nie używam, ale miałem kilka w domu i nie chcąc ich marnować tym razem zdecydowałem się je zabrać. Niestety pod wpływem temperatury stały się bardzo gęste, a ja czując już znaczny ubytek w energii postanowiłem wciągnąć ten, któremu najbardziej ufałem. Powiem szczerze, że nie wiem czy to jego wina, czy może po prostu ja nie miałem dnia, ale kilka minut później złapał mnie dość ostry kryzys żołądkowy. Zrobiło mi się niedobrze, zaczęło kręcić dość ostro w głowie, no i straciłem zapał do biegania. Pierwszy zawodnik szybko mi wtedy uciekł, a ja rozpocząłem kampanię przetrwania.
Horror zaczął się po dotarciu w okolicę Malinowskiej Skały. Bardzo kiepska widoczność, potworny wiatr, wymagająca nawigacja, czyli prawdziwa Zawierucha, która skutecznie odciągnęła moje myśli od kryzysu. Skupiłem się na bezpiecznym dotarciu do Skrzycznego i w tamtej chwili nie interesowało mnie nic innego. No może poza tym, że widoki były cudowne i cieszyłem się w duszy jak dziecko, że mogę to przeżywać.
Po wyjściu z trudnego terenu dostrzegłem, że za moimi plecami jest trzeci zawodnik. Mijając mnie fajnie podniósł mnie na duchu i zmobilizował do dalszej walki. Dzięki Niemu na chwilę zapomniałem o pogłębiającym się kryzysie i w miarę sprawnie dotarłem na Skrzyczne. Tam meldunek na punkcie kontrolnym, w którym drzwi otwiera mi Szymon. Fajnie było zobaczyć znajomą twarz!
Dzięki temu trochę odżyłem i z optymizmem podszedłem do zbiegu. Ten niestety okazał się potwornie trudny. Na naszej trasie śniegu po pas, a dodatkowo tłumy, bo wpadłem w ogon krótszego dystansu. Wyprzedzanie innych zawodników w tamtym miejscu graniczyło z cudem i kosztowało ogrom wysiłku. Powoli jednak przesuwałem się do przodu i przybliżałem się od mety.
Przedostatni fragment trasy pokonałem marszem, bo 3km skipu A było kompletnie poza moim zasięgiem. Moment, w którym dotarłem do ostatniego zbiegu, który doskonale znam dzięki swoim występom na BUTach, był cudowny. Zaczałem biec i wiedziałem, że teraz już nic mnie nie powstrzyma przed dotarciem do mety, a przy okazji wszystko wyglądało na to, że uda mi się utrzymać pozycję w top3.

Niesamowicie zmęczony i jednocześnie bardzo szczęśliwy dotarłem do mety jako trzeci zawodnik. Miło tak pozytywnie rozpocząć nowy rok w górach. Pomimo tego, że bieg nie wyszedł mi jakość cudownie, to i tak jestem bardzo zadowolony. Siłowo wszystko wyglądało bardzo dobrze, a nad resztą dopiero zacznę pracować w połowie lutego.
Po złapaniu kilku oddechów pobiegłem do pobliskiej knajpy, gdzie byłem umówiony z Sonią, która kolejny raz czekała na mnie pół dnia w Szczyrku, aż sobie pobiegam. Dziękuję!

Można powiedzieć, że ten bieg był dla smakoszy prawdziwego zimowego górskiego biegania. Warunki na trasie niesamowicie wymagające, w wielu miejscach kompletnie nie było szans na jakiekolwiek bieganie. Zbieg ze Skrzycznego to dziesiątki zaliczanych gleb, a o warunkach między Malinowską Skałą, a Skrzycznym szkoda w ogóle pisać. To po prostu trzeba było przeżyć i ja się bardzo cieszę, że było mi to dane! Zacząłem trenować biegi górskie właśnie po to, aby móc przeżywać i doświadczać takich chwil, aby móc widzieć, to co można zobaczyć tylko tam u góry. Niesamowita sprawa :)