Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

XIV Bieg Rzeźnika


Bieg Rzeźnika za mną. Czekałem na ten moment bardzo, bardzo długo. Wczoraj był zwariowany dzień, towarzyszyła mi masa różnych emocji, bardzo często kompletnie skrajnych. Jak było? Postaram się to teraz jakoś sensownie przedstawić.

Podróż, pakiety, chwile przed startem

Całość rozpoczęła się jeszcze w sobotę. Wstąpiłem po kolegę Pawła, z ktorym tworzyłem naszą skromną drużynę. Z Gliwic wyjechaliśmy około 10:00. Droga poszła nam dość dobrze, nie działo się nic szczególnego. No może poza tym, że w Rymanowie zjedliśmy dobry obiad, co w kontekście biegu było dość kluczowe. W Cisnej trochę podało, więc odebraliśmy szybko pakiety, oddaliśmy rzeczy na przepaki i pojechaliśmy do miejscowości Smerek. Tam mieliśmy zarezerwowane spanie. W budynku byliśmy chyba przed 19:00, więc za dużo czasu już nie było. Szybko przepakowaliśmy rzeczy, przygotowaliśmy się mentalnie, ostatnia rozmowa i odpoczynek. Udało mi się złapać neta, więc zobaczyłem jak nasza wspaniała reprezentacja wygrała z Rumunią w eliminacjach do Mistrzost Świata 3:1. Świetnie, od razu miałem lepszy humor :) Po meczu udało mi się nawet godzinkę przespać, więc całkowity sukces. Obudziłem się przed północą, spakowałem plecak, ubrałem się i ruszyliśmy. W Cisnej czekały na nas podstawione autobusy, które wywiozły nas do Komańczy na start. Tam mogliśmy ostatni raz przemyśleć całe swoje życie, zebrać się do kupy, zobaczyć jak wielu ludzi ma takie same pomysły jak my i trzeba było startować.

Pierwsze kilometry

Wystrzał startera usłyszeliśmy dokładnie o 3:00. Chwilę przed startem zaczęło coś lecieć z nieba i ten stan przez jakiś czas się utrzymywał. Zaczęliśmy w kurtkach, przy świetle czołówek oraz w towarzystwie ponad 500 pozostałych par, które razem z nami podjęły się tego wyzwania. Pierwsze kilometry to ciągłe szukanie swojego miejsca, rytmu oraz próba pozbycia się ogarniającego nas stresu. Od razu zaczęło mnie coś boleć w lewej nodzie, gdzieś tam strzykać itd :) Chyba podświadomie szukałem jeszcze jakiejś wymówki, ale już było za późno. Kolorowy tłum zaczął toczyć się powoli w kierunku bieszczadzkich gór i lasów. Najpierw było troszkę asfaltu, później nastąpił tzw. koniec biegania i wkroczyliśmy na szlak. Pierwsze 16km poszło nam bardzo dobrze i bez problemów. Do punktu kontrolnego dobiegliśmy w 2godziny i 32minuty, co bardzo nas cieszyło, bo od razu zrobiliśmy 45min przewagi nad limitem.

Żebrak [16,7KM] - Smerek [48,9KM]

Dalej zaczyło się robić coraz ciekawiej. W moim przypadku, według tradycji, na 17km od rauz lekki kryzys. Nieważne, że chwilę wcześniej była przerwa, nieważne, że odpoczywałem. W tym momencie zawsze muszę delikanie odcierpieć :) Na szczęście tak szybko jak przyszedł, tak szybko poszedł i mogłem toczyć sie dalej. Trasa do samej Cisnej (po raz pierwszy) była bardzo sympatyczna. Krótkie podejścia i zbiegi, w zasadzie nie działo się nic złego. No może poza ostatnim odcinkiem, który był... asfaltowy. Tak, tam troszkę pocierpialem. Paweł przytrzymał tempo i nawet udało nam się pobiec momentami poniżej 6:00. Po 30km to już jest małe wyzwanie. Na punkcie czykał na nas pierwszy przepak. Nie mieliśmy jednak zamiaru spędzać tam za dużo czasu. W praktyce wyszło troszkę inaczej i dało się z tego co nieco urwać. No ale trudno, był czas na Snickersa, na Cole, na przepakowanie rzeczy i takie tam inne pierdoły. Generalnie spoko, ale przyszedł czas na dalszą walkę. Wiedziałem, że po wyjściu z punktu czeka nas piekło, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż takie. Na dzień dobry drewniany mostek, pokryty błotem - śliskim(!) błotem. Bezpośrednio za nim stroma skarpa, oczywiście jeszcze więcej błota wywieszona lina. Bez niej byłoby ciężko się tam wdrapać. Później było jeszcze gorzej. Po przekroczeniu rzeki czekała nas wspinaczka. Długie, cholernie ciężkie podejście, które odbierało mi resztki chęci do życia. To właśnie tam wprowadziłem się w najgorszy stan jakiego doświadczyłem podczas całego biegu. Dopadł mnie straszny kryzys, który trwał dobre 30, albo i więcej, minut. Kompletna masakra, a to dopiero 3x km. Na całe szczęście Paweł poszedł do przodu, troche zaczął mi uciekać, co motywowało mnie do walki. Kolejnym ciężkim momentem był ten, w którym skończyliśmy dystans maratonu, a ja sobie uświadomiłem, że jeszcze prawie drugie tyle przed nami. To potrafi zabić psychicznie :D Udało się jednak pokonać te wszystkie przeciwności losu, przetrwaliśmy także bardzo ciężki zbieg, kilka km płaskiego odcinka i dotarliśmy do kolejnego punktu, zlokalizowanego w Smereku. Tam mieliśmy 49m za sobą, dużo przed sobą, w trasie byliśmy od 7godzin i 58minut. Połowa czasu, który organizator dał na ukończenie biegu, za nami!

Smerek [48,9KM] - Cisna [80km - META!]

Po wjściu z punktu liczyłem na delikatnie łatwiejszy odcinek trasy. Fatalnie jednak się pomyliłem, bo nasz stan okazał się o wiele gorszy, niż sądziłem. To jednak chwilowo było nieważne. Na punkcie spotkałem masę znajomych z Night Runners! Była Asia, był Robert, Radek, Jarek, gdzieś w tłumie widziałem Ryśka, który ostatni zachwycił nas wszystkich prezentacją stroju biegowego. Niestety nie zdecydował się na start w podobnym podczas Rzeźnika, a szkoda, bo zapewne poprawiłby humor wielu osobom na trasie ;) Wracając do biegu: początek znowu taki sam jak w Cisnej. Dłuuuugie, męczące maksymalnie podejście. Nie chciało mi się już za bardzo myśleć, mocno zwolniliśmy i daliśmy się ponieść trasie. Szliśmy tak, jak nam zagrała. Bez napinki, bez pośpiechu. Nie mogę powiedzieć, że było fajnie, bo byłem cholernie zmęczony, ale powiedzmy, że było całkiem spoko. Po pewnym czasie (dłuższym czasie) dotarliśmy do kolejnego, ostrego, dłuuugiego zbiegu, ktory miał nas zaprowadzić do ostatniego punktu kontrolnego w Roztokach na 66km. Tak też się stało, chociaż zbieg mocno przecierpieliśmy. Nogi momentami już odmawiały współpracy, także sama radość :) W tym momencie pojawiło się lekkie zamieszanie. Na punkcie nikt, dosłownie NIKT nie było w stanie powiedzieć ile mamy do końca biegu. Nikt nie wiedział ile dokładnie kilometrów jeszcze przed nami. Padały odpowiedzi od 8km do 14km, czyli była dość spora różnica. Do końca limitu mieliśmy 3godziny i 45min. Sami nie wiedzieliśmy czy to dużo czy mało, bo przed nami były jeszcze 2 solidne podejścia oraz 2 trudne zbiegi. Nie chcąc tracić za dużej ilości czasu, szybko podjęlismy decyzję o wymarszu. Kolejny raz wolno toczyliśmy się pod górę. Człowiek momentami już przestaje myśleć w takich momentach. 70km w nogach, jeszcze X do końca, czasu mało, a ogólnie to marzy się już odpoczynek. Cały czas chodziło mi po głowie to, że nie wiemy jak mocno musimy się spieszyć i czy w ogóle musimy. Brak informacji o dokładnej ilości biegu na chwilę mnie dobił i nie dawał mi w spokoju żyć. Nie jest to komfortowa sytuacja dla człowieka z resztą sił :D Na całe szczęście gdy pokonaliśmy już ostatnie podejście tego dnia, usłyszeliśmy głosy z mety. Wiedzieliśmy, że zostało niewiele. 2-3 km to wszystko co zostało, od tego momentu byliśmy pewni, że się uda. Ostatnie zejście, powoli, do przodu. Wyprzedzało nas wielu zawodników z Rzeźnika Intro, ale to nieważne. Walczyliśmy do samego końca, pokonaliśmy kolejny raz tego dnia rzekę, błoto, lina, zeskok i jesteśmy! Ciśniemy do mety. Udało się, 80km za nami. Uff...
Paweł zwrócił uwagę, że złamaliśmy nawet 15godzin, nasz czas do 14godz 58min 55sekund. Re-we-la-cja! Od razu dzwonię do Soni, do Mamy - przekazuję, że żyję. Spotykam resztę znajomych, zamieniamy kilka słów, przekazujemy sobie jak było i lecimy po rzeczy z przepaków, które już na nas czekały. Dopiero po chwili zwracam uwagę, że dostałem przepiękny medal, na pewno będzie jednym z moich ulubionych i najważniejszych.

Podsumowanie

Drugie cholerne ultra za mną. Było świetnie, a dziś (czyli 'dzień po') czuję się świetnie. Zacznę na pewno od podziękowań dla Pawła, który zdecydował się przebiec ten magiczny bieg ze mną. Było świetnie, biegło się lekko, jeszcze lżej się rozmawiało co na pewno pozwoliło uniknąć wielu kryzysowych sytuacji. Dzięki za towarzystwo na trasie i wspólną walkę!
Kolejną rzeczą, o której chcę teraz napisać jest irytujący fakt braku zasięgu. Nie miałem go wcale, a jak się pojawiał to ukraiński. Mój telefon nie pozwalał mi wysłać smsa z ichniejszej sieci, więc odebrałem tonę smsów od Mamy/Soni/Siostry i na żadnego nie mogłem przez dłuuuugi czas odpowiedzieć. Za wszystkie serdecznie jednak dziękuję! Miło było wiedzieć, ze ktoś się martwi o nasze zdrowie :D Dzięki Wam za to mentalne wsparcie i trzymanie kciuków na odległość :)
Przepięknym momentem jest spotkać przyjaciół biegowych odpoczywających za kamieniem, gdzieś tam w trasie. Pozdrowienia Radek i Jarek. Przezabawnie było Was poobserwować. Oczywiście ogromne gratulacje dla Was! PS Jarek - nadal Ci współczuję :P
Dziękuję także Violi, która serdecznie i z uśmiechem powitała nas na mecie :) ! Bardzo miło było spotkać, oczywiście także gratuluję ukończenia Enigmy, o której na pewno musimy porozmawiać :P
Na koniec gratulacje dla wszystkich, którzy podjęli wyzwanie w miniony weekend, powodzenia dla tych, którzy zaraz będą startować oraz podziękowania dla całej reszty za smsy, kciuki i wsparcie na trasie. To wszystko miło mnie napędzało :) Ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałem, wiem co musze nadal trenować, co muszę poprawić, ale o tym może wspomnę kiedyś tam później. Teraz wracam do odpoczywania!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)