Wokół Brennej nocą


Okres roztrenowania to zawsze dobry moment na zrobienie czegoś nowego. Jako, że od dłuższego czasu próbowałem się umówić ze znajomymi z pracy na wyjście w góry i cały czas ktoś nie miał czasu, to postanowiliśmy iść nocą. Nocą każdy ma czas.

Na pierwszy rzut oka plan był bardzo prosty. Chcieliśmy z centrum Brennej wejść na Błatnią, później przejść w stronę Klimczoka, zejść na Karkoszczonkę, podejść na Kotarz i wrócić przez Halę Jaworową. Nawet noc nie było mi straszna, bo przecież nie tylko chodziłem, ale także biegałem po tamtej okolicy po zmroku. Zapomniałem jednak, że kilkadziesiąt minut mocnego wysiłku, to nie do końca to samo, co cała noc w górach.
Do realizacji planu przystąpiliśmy w trzech, z Bartoszem i Pawłem, w piątek 13go o 21:00. Na podejściu na Błatnią mocno się spociliśmy i kompletnie zapomnieliśmy, że mamy grudzień. Czas szybko uciekał, noc była dość spokojna, chociaż słyszeliśmy co jakiś czas, że u góry wieje.
Pierwszy postój zrobiliśmy na szczycie Błatniej, z pięknym widokiem na Bielsko. Postanowiliśmy się nieco posilić, bo wiedzieliśmy, że od teraz będzie zimniej. Tak też się stało. Wiatr zaczął nam odrobinę dokuczać aż do szczytu Stołowa.
Do Klimczoka docieramy bardzo szybko. Liczymy na dłuższy postój w chatce nieopodal szczytu. Na zegarku mocno po północy. Ku naszemu zdziwieniu i mocnemu rozczarowaniu okazuje się, że chatka jest rozebrana. Nie wiem sam od kiedy? Dawno na nią nie zwracałem uwagi. Może to błąd?
Idziemy dalej. Nie przejmujemy się zbytnio. Rozmowom nadal nie ma końca, humory dopisują. Na czerwonym szlaku wiatr daje nam w kość. Postanawiamy zrobić pierwszy obóz na wąskim odcinku w lesie podczas trawersu Klimczoka. Obóz okazuje się strzałem w dziesiątkę. Ogrzewamy się, sporo jemy i pijemy i ruszamy dalej w drogę.
Na drodze w kierunku Kotarza milknę. Chce mi się mocno spać. Towarzysze niedoli rozmawiają. Noc nadal jest piękna, a my słyszymy ludzi, którzy doskonale się bawią tam gdzieś w dole. Ciekawe czy ktoś nas widzi?
Drugi obóz zrobiliśmy na zejściu na Halę Jaworową. Tym razem ciężej było się ogrzać. Nie było tam miejsca żeby dobrze ukryć się przed wiatrem. Brakło płachty, brakło sprzętu i doświadczenia. Ale czy nie po to tam poszliśmy? Następnym razem lepiej będziemy przygotowani. Tym razem było jak było. Pokonaliśmy 24km, na dół zeszliśmy o 6:00. Wszystko według planu.
Opis wyprawy tajemniczy, bo wszystko co było w górach, zostało w górach. Oprócz nas... ale wrócimy tam raz jeszcze. A może wiele razy?