Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Wielka Prehyba - top100 w tonach błota i śniegu


Na start w tej imprezie czekałem bardzo, bardzo długo. Bieg pierwszy raz widziałem 2 lata temu, ale wtedy byłem za kiepski. Rok temu przegapiłem zapisy, aż wreszcie udało się! Jeden z lepszych startów w moim życiu po wieloma względami, ale może zacznę od początku :)

Już dawno temu zaplanowaliśmy wspólnie z Sonią, że do Szczawnicy pojedziemy dzień wcześniej na mały trekking po Pieninach. Niestety, ostatni armagedon pogodowy uniemożliwił nam taką opcję i musieliśmy się obejść smakiem. Zamiast gór było za to zwiedzanie Małopolski. Poza tym, że trochę pomyliliśmy trasę (w zasadzie to ja pomyliłem), to odwiedziliśmy jeszcze Niedzicę. Zamek przepiękny, droga do niego prowadząca także. Dawno nie miałem tylko radochy podczas prowadzenia samochodu. Serio, nie trzeba ciągle latać na wczasy do Chorwacji, Egiptu, czy innych popularnych krajów. Odwiedźcie Małopolskę, caluteńka jest piękna ;) Po wycieczkach dotarliśmy do naszego budynku, w którym spaliśmy już rok temu podczas Pereł Małopolski. Po szybkim rozpakowaniu rzeczy była bardzo fajna drzemka (w końcu wstawaliśmy koło 3:00, a wyjazd był o 4:00), należała się! Później poszliśmy odebrać pakiet i znaleźć jak największą pizzę do zjedzenia - co by troszkę podładować akumulatory. Idąc chodnikiem przeczytaliśmy napis "Największa pizza w mieście", sprawa jedzenia rozwiązała się sama ;) Później przyszła pora na troszkę lenistwa, TV, piwko i ogólny relaks. Trochę żałowałem, że nie udało nam się pójść w góry, ale nie ma tego złego... co by na dobre nie wyszło. To co zobaczyłem wczorajszego dnia przerosło moje oczekiwania. Koniecznie muszę kiedyś jechać do Szczawnicy na kilka dni i zwiedzić dokładnie całą okolicę. Jedno z ładniejszych miejsc jakie widziałem w Polsce...
Budzik trąbił od 7:00. Wstałem, przebrałem się, przepakowałem rzeczy do plecaka i czas na przygodę. 10ty maraton w życiu, nareszcie Wielka Prehyba! Chciałem pobiec dobrze, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że warunki są po prostu okropne. Potwierdza to m.in. fakt, że limit ukończenia zawodów został zwiększony do 11godzin, a najdłuższy dystans (Niepokorny Mnich - 96km), został skrócony do 64km! Wycięto całą słowacką część, która po ostatnich nawałnicach śniegu była nie do przejścia. Pierwsze 18km wydawało się najtrudniejsze. Wskazywał na to profil trasy, ale nic bardziej mylnego. Podchodziło się świetnie, błota nie było tak dużo, jak myślałem, że będzie i do pierwszego punktu żywieniowego na 14tym km biegło mi się świetnie. Wypiłem izo, popchnąłem ciastkami i poleciałem dalej, bo było mi trochę zimno. Byliśmy na najwyższym odcinku trasy, gdzie warunki wskazywały bardziej na styczeń, niż na koniec kwietnia. Śniegu cała masa, przetarta ledwie wąska ścieżka, a my wszyscy napieramy. Nawet nie wiem kiedy i byłem już na szczycie Radziejowej - najwyższy punkt trasy. Później z profilu można było wyczytać, że już 'tylko z górki'. To też okazało się bzdurą, a człowiek w domu chyba widział dokładnie to co chciał widzieć. Prawda była taka, że do końca, co chwile pojawiały się jakieś mniej lub bardziej upierdliwe podejścia. Na drugi puntk żywieniowy dotarłem z czasem poniżej 3godzin. Wszystko szło świetnie i wydawało mi się, że mogę powalczyć nawet o łamanie 5godz. Po wyjściu z tego punktu szybko jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Błoto siągało powyżej kostek, a ja od razu przemoczyłem buty i było mi potwornie zimno w palce. Biegło mi się pomimo tego dobrze, ale warunki za ciężkie na bicie 5godz. Przynajmniej dla mnie. Skupiłem się na uzyskaniu jak najlepszego wyniku pomiędzy 5, a 6 godzin. Tam gdzie się dało to biegłem, resztę pokonywałem szybkim marszem. Wierzyłem, że ostatnie 10km to będzie przyjemny i szybki zbieg. Kolejny raz nie! Zbieg był, ale trudny i chornie błotnisto-śliski. Gdy jakoś to przemęczyłem, dotarłem do ostatniego podejścia na biegu. Podejścia pod Szafranówkę. Krótke, ale bardzo intensywne, a na szczycie zaczynał się ostry zbieg. Tak ostry, ze wywieszono nam 2 liny. Bez nich byłoby bardzo trudno zejść tam bez gleby i w jednym kawałku. Dalej do mety nie działo się już nic szczególnego. Na metę wpadłem z czasem 5godz i 27min. Jestem z tego wyniku bardzo, ale to bardzo zadowolony. Dodatkowo okazało się, że dał mi on 91! miejsce. O top100 na takim biegu nawet nie marzyłem, a jednak da się. Na początku wspomniałem, że był to mój najlepszy bieg, pod wieloma względami. Tak, najważniejsze jest to, że nareszcie zdecydowaną większość trasy biegłem. Przebiegłem wszystko co się dało, oprócz podejść. Czuję duży postęp, wzrost mocy i wytrzymałości. Bardzo mnie to wszystko cieszy i już nie mogę się doczekać kolejnych wyzwań.

O samej trasie i organizacji słów kilka. Było przepięknie, pomimo ciągle padającego deszczu/śniegu/czegoś. Tony błota, momentami więcej niż na Czantorii. Widoki wspaniałe, a te prawie 2000m przewyższenia nie takie straszne. Organizacja na najwyższym poziomie. Na punktach można było znaleźć dosłownie wszystko, czego tylko potrzeba. Od coli/izo, przez ciastka/żelki, po zupę/herbatę/ziemniaki. Sama przyjemność startować w takcih zawodach - nawet, gdy miało się nadzieję na piękną wiosnę. Była zima, ale ona też ma swoje uroki.

Bardzo mocno dziękuję Soni :*, która kolejny raz towarzyszyła mi w wycieczce, która uratowała mi życie dostarczając kurtkę na metę, bo po spotkanej na trasie pizgawicy miałem wszystkiego serdecznie dość. Dzięki za wsparcie, motywację do szybkiego powrotu na metę!
Na koniec jeszcze jedno: mam 10 maratonów na koncie! Juhu!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)