Biegówki w Szklarskiej Porębie


Długo zbierałem się do opisania tego weekendu. Przyczyną wcale nie było moje lenistwo, ale tak naprawdę powód, dla którego wybrałem się do Szklarskiej Poręby - potrzebowałem odpocząć przed nadciągającą przeprowadzką. Teraz, gdy kurz wojenny nieco już opadł mogę wreszcie zdać relację z mojego pierwszego podejścia do nart biegowych! Tak, starałem się nie zabić na biegówkach.

Do Szklarskiej udaliśmy się w trzy-osobowym składzie. Do mnie i Soni dołączyła moja Teściowa. Na miejsce dotarliśmy w czwartek wieczorem, mieliśmy więc jeden dzień więcej do szaleństwa niż zwykle to bywa.
Naszą bazą wypadową był OW Siła. Na pierwszy rzut oka cały budynek dosłownie krzyczy minioną epoką, wszystko jest stare, lekko zniszczone, ale ma w sobie niepowtarzalny klimat obozu sportowego. Ja byłem po prostu zachwycony.
W czwartek nie szaleliśmy - zrobiliśmy krótki spacer do sklepu i tyle. Woleliśmy oszczędzać siły na piątek.

Piątek, piąteczek, piątunio...

Wstałem ciut wcześniej niż wszyscy i po cichu wymknąłem się z pokoju. Dzień zacząłem od 30min luźnego biegania po Szklarskiej. Okolica wydawała się bardzo przyjemna, a pomimo wczesnej pory miasto już pracowało. Ja zauważyłem ogromny kontrast w budownictwie. Było sporo nowych, ale jeszcze więcej bardzo starych budynków. Ludność raczej żyje sobie skromnie, a łatwo tutaj nie ma. Nie wiem jak z pracą, ale ciężko znaleźć kawałek płaskiego terenu. Dla mnie - biegacza górskiego, bomba, ale dla zwykłych ludzi raczej to upierdliwa sprawa.
Po powrocie do domu poszliśmy na śniadanko. Było przepyszne, domowe, zrobione z sercem. Za to lubię te stare budynki. Później przyszedł już czas na podróż do Jakuszyc.
Narty biegowe to tani sport. Cały komplet można wypożyczyć za jedyne 35zł. Później jednak jest już nieco bardziej pod górkę. Krok wcale nie jest taki intuicyjny i pierwsze minuty to było bardzo nieudolne posuwanie się do przodu.
Całą trójką napieraliśmy w kierunku Stacji Turystycznej Orle. Dopóki teren lekko się podnosił to wszystko szło ok. Moje problemu zaczęły się na zjeździe. Kompletnie nie potrafiłem tego ogarnąć i cały czas leżałem. Jazda pługiem na nartach biegowych to dla mnie za dużo - bałem się o jakieś uszkodzenie kolana. W pewnym momencie zaliczyłem kolejną epicką glebę i dość mocno obiłem sobie tyłek. Bolał mnie aż do postoju w ST Orle. Nie będę ukrywał, że mój humor mocno się pogorszył i byłem nieco rozczarowany swoją nieporadnością, no ale czasami bywa i tak.
Całe szczęście w drugą stronę szło już lepiej, a w połowie zaczął mocno sypać nowy śnieg, który spowodował, że było łatwiej o miękkie lądowanie! Na parkingu stwierdziłem, że biegówki są super, Jakuszyce są piękne i jeszcze tu na pewno wrócę. Sonia i Mama nie były tu pierwszy raz, ale także były zachwycone.
Po powrocie do budynku udaliśmy się na kawkę, ja później znowu wyskoczyłem na 30min biegania, następnie zjedliśmy obiadokolację i poszliśmy na piwko. To był naprawdę długi i bardzo intensywny dzień. Udało mi się sporo potrenować, a to na pewno zaprocentuje w nadchodzącym sezonie.

Sobota w Karkonoszach

W sobotę byliśmy umówieni, że Sonia z Mamą lecą na narty, a ja w góry biegać. Chciałem wykorzystać chociaż jeden z tych dnia na solidny, samotny trening. Miałem na niego kilka godzin co było dla mnie nowością - nigdy wcześniej nie byłem tak długo sam w górach.
Moją wycieczkę rozpocząłem od wizyty w Schronisku pod Łabskim Szczytem. Droga przez las była bardzo malownicza, spokojna, a po drodze nie spotkałem praktycznie nikogo. Jedynie przecinając stok narciarski trafiłem na kilku narciarzy.
Gorzej było w okolicy samego schroniska. Zaraz po przekroczeniu granicy lasu uderzył we mnie bardzo siły wiatr, śnieg leciał prosto do oczu, widoczność była ograniczona, a nawigacja mocno utrudniona. Po wejściu do środka przemyślałem sprawę i stwierdziłem, że lecę w dół. Wolałem nie pokonywać lawinowego odcinka w takich warunkach, w terenie, którego kompletnie nie znam. Samo schronisko było... dziwne. Panował w nim dość mroczny klimat - przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Po powrocie na dół udałem się w okolicę Wodospadu Kamieńczyka. To właśnie tam zaczyna się szlak na Szrenicę, który planowałem podbiec dwukrotnie. Tak też zrobiłem i to był doskonały wybór. Sam szlak może nie był jakoś wyjątko ciekawy, ale widoki na Hali Szrenickiej bardzo mi się podobały + szczyt Szrenicy za każdym razem zaserwował mi inne wrażenia. Podczas pierwszej wizyty była niesamowita mgła, huraganowy wiatr, natomiast podczas drugiego podejścia świat się otworzył i zobaczyłem piękną panoramę Szklarskiej Poręby - niesamowite! Później nadszedł czas powrotu. Do budynku dotarłem po kilku godzinach biegania, kilku przerwach w schroniskach, prawie 30km i z ogromnym uśmiechem na twarzy. Tak się wszystko pięknie złożyło, że Sonia i Mama wróciły w niemal identycznym momencie, więc od razu mogliśmy razem poodpoczywać.

Dobitka w niedzielę

Na dobitkę został nam dzień powrotu - niedziela. Bez większego zastanowienia zdecydowaliśmy się na jeszcze jedno podejście do nart biegowych. Był to doskonały wybór, bo zima w tym roku nas nie rozpieszcza i śniegu jest jak na lekarstwo.
Wypożyczenie nart znowu poszło sprawnie - nawet udało nam się to ogarnąć przed oficjalnym otwarciem wypożyczalni. Nasz plan na ten dzień zakładał tylko kilka kilometrów po płaskim odcinku trasy i powrót do domu.
Te wspomniane kilka kilometrów to była bajka. Wszyscy bawiliśmy się doskonale, mi tego dnia szło o wiele lepiej niż w piątek i powiem szczerze, że na koniec czułem duży niedosyt. Według mnie tak to właśnie powinno wyglądać!

Cały weekend mniej więcej wyglądał tak, jak opisałem. Te 3 dni dały nam niesamowicie dużo radości i na długi czas pozostaną w mojej pamięci. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze to powtórzyć. Nawiasem mówiąc chętnie odwiedzę Karkonosze inną porą roku - musi być tam bajecznie latem :)