[Tatry] Walka na Grzesiu i Nosal na sportowo


Kolejny wypad w Tatry zaliczony! Tym razem jechaliśmy 4-osobową ekipą. Plan był prosty - wyjeżdżamy w nocy, z piątku na sobotę, o 1:00 i lecimy na Dolinę Chochołowską ...

Tak też zrobiliśmy. Droga minęła szybko i sprawnie. Koło 5:00 byliśmy na miejscu, a już o 5:30 zbieraliśmy się w drogę z parkingu w dolinie. Jeszcze przed świtem byliśmy na szlaku w kierunku Polany Chochołowskiej (1150m n.p.m.). Na miejsce dotarliśmy po około 2 godzinach. Tam szybkie śniadanie w schronisku. Po śniadanku rozpoczęła się prawdziwa zabawa. Celem wyprawy był Wołowiec, po drodze Grześ i Rakoń... ale taki był tylko plan. Pierwszy raz chcieliśmy wyjść w Tatrach wysoko zimą. Wiązało się to z dobrą pogodą. Podczas podejścią na Grzesia wydawało się, że warunki są ekstra. Szybko i sprawnie podchodziliśmy coraz wyżej i wyżej. Po przekroczeniu granicy lasu zastała nas (nie)miła niespodzianka. Podejście pod szczyt Grzesia było trudne. Był niesamowity wiatr, który rzucał śniegiem na prawo i lewo, rzucał też nami :D . Początkowo staraliśmy się powoli podchodzić, szybko uświadomiliśmy sobie, że Grześ to wszystko, na co mogliśmy tego dnia liczyć. Ostatecznie dotarliśmy na wysokość około 1604m n.p.m. i około 60m przed szczytem zdecydowaliśmy o powrocie. Warunki były dla nas zbyt trudne. Większość czasu spędziliśmy tam osłonięci kosodrzewiną, a wiatr się wzmagał. Dzień zakonczyliśmy na 20km po Dolinie Chochołowskiej, nieudanej próbie wejścia na Grzesia oraz zwiedzeniu Polany Chochołowskiej.

Po powrocie przyszedł czas na kąpiel, jedzenie oraz ... piwo i karty. Spać poszliśmy dość wcześnie. Plan na kolejny dzień był już łatwiejszy - podejście pod jeden z najniższych szczytów w Tatrach, czyli Nosal (1206m n.p.m.). Po spakowaniu wszystkich rzeczy i opuszczeniu pokoi, wsiedliśmy w auto i podjechaliśmy do Zakopanego. Na Nosal weszliśmy w stylu 'sportowym' ( :D ), beż używania szlaku. Całą drogę w górę szliśmy równolegle do wyciągu narciarskiego, dało nam to trochę w kość. Na szczycie kolejny raz bardzo wietrznie. Na drogę powrotną wybraliśmy zielony szlak, którym teoretycznie powinniśmy także podchodzić.
Wnioski z wyprawy są proste - zimą w Tatrach wiele zależy od pogody. Tym razem dostaliśmy w kość (i to bardzo). Nie poddajemy się jednak i za rok na pewno wrócimy podjąć wyzwanie raz jeszcze. Kolejny raz okazał się także, że lepszego sposobu na spędzenie weekendu po prostu nie ma. Nauczyliśmy się wiele nowego o górach, wiemy też, że potrafimy zawrócić w trudnych warunkach (chociaż łatwo nie było, bo ambicja...).

Dzięki za wypad!! Następnym razem widzimy się z Tatrami w okresie letnim i walczymy ze Świnicą :D
Film z Grzesia - troszkę wiało :D [W wysokości Nosala niestety wkradł się błąd :(]: