Ultra Trail Małopolska 35


Długo słuchałem, czytałem oraz podziwiałem biegi z serii Ultra Trail Małopolska. Kilka miesięcy temu szukaliśmy z Sonią fajnego biegu, który będzie rozgrywany na początku czerwca. Gdy tylko zobaczyłem, że to wszystko się spina, nie miałem wątpliwości. Uderzyliśmy w dystans 35km, który wtedy wydawał mi się rozsądny. Dlaczego teraz uważam inaczej? Ten post będzie relacją z biegu, ale także zapowiedzią sporych zmian biegowych! Jedziemy!

Cały wypad zapowiadał się bajkowo. Nocleg mieliśmy w bajecznej miejscowości Koninki, pod samymi górami. Widoki były cudowne, prognozy pogody się sprawdziły i był piękny słoneczny weekend. Pakiety udało nam się odebrać bardzo sprawnie, znaleźliśmy fajną pizzerię, sporo odpoczywaliśmy. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wszystko przebiegało idealnie.
Jazda zaczęła się przed samym biegiem. Start był zlokalizowany dość wysoko, bo obok bazy szkoleniowo-wypoczynkowej Lubogoszcz. Podejście było dłuższe niż się spodziewaliśmy i musieliśmy w pewnym momencie ostro przyspieszyć żeby nie spóźnić się na start. Czy może być gorzej? Owszem. Stojąc na starcie w ogóle nie czułem atmosfery zawodów. Spodziewałem się w sumie tego już od kilku dni. Powód? Bardzo prosty: ostatnim czasem nie mam czasu myśleć za bardzo o bieganiu.
Głowa pełna różnych problemów niestety nie pomaga w tak wymagającym biegu. Mimo to postanowiłem się dobrze bawić. Wiedziałem, że pierwsze 10km to będzie ostra jazda bez trzymanki i teraz śmiało mogę to potwierdzić. Problem w tym, że było jeszcze o wiele trudniej niż się spodziewałem. Profil to jedno, ale ilość błota i kamieni na trasie strasznie mnie zaskoczyła.
Ja jednak postanowiłem tego dnia zachować zimną krew i biegłem spokojnie na piątej pozycji. Po zbiegu do Kasiny Wielkiej odpuściłem. Postanowiłem, że nie mam humoru gonić prowadzącej czwórki i stwierdziłem, że biorę w ciemno to co mam. Życie lubi jednak płatać figle i chwilę później dogoniłem 2 zawodników. Jednym z Nich był Piotr Szumliński. To świetne uczucie bezpośredniej rywalizacji z tak utytuowanym zawodnikiem mocno podbudowało mi morale. Niestety tylo na chwile. Na około 23cim kilometrze odpuściłem i do samej mety biegłem już samotnie na czwartej pozycji. W tym czasie w sumie naprawdę nie działo się nic wyjątkowego. No może poza tym, że dawno tak luźno nie poruszałem się na zawodach i bez żadnej spiny.
Moje myśli cały czas były skupione na zupełnie innych sprawach. Dystans powoli uciekał, a ja w przerwach myślałem tylko o tym, jak na tej cudownej trasie bawi się Sonia. Wiedziałem, że będzie dla Niej to niezła przeprawa, bo nie jest fanką takich miejsc, takich profili, takich warunków.
Po wpadnięciu na metę czekała mnie kontrola sprzętu. Przeprowadzał ją Paweł Pigmej Krawczyk. Dla tych kilku zamienionych zdań warto było się męczyć na trasie 3godziny i 54minuty. Śledzę i kibicuję Pigmejowi od początku mojego biegania w górach, jest On dla mnie jedną z tych osób, które wyznaczają poziom zajebistości. Fajnie mieć możliwość pogadania z takimi ludźmi na żywo!
Podczas oczekiwania na Sonię miałem sporo czasu dla siebie. Na mecie zamieniłem jedynie kilka słów z innymi biegaczami, a resztę czasu chciałem spędzić w samotności. Dlaczego? Musiałem trochę pomyśleć. Doszedłem do wniosków, że najlepiej bawię się na trasach, które umiem pokonać w około 2, no maks 3 godziny! Wszystko co przekracza 180minut staje się już nieprzyjemne. Jedynym wyjątkiem jest tutaj Piekło Czantorii, ale nawet w tym przypadku nie jestem pewny. Może warto dla odmiany spróbować piekielnej połówki?!
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że w pewnym momencie na metę wpadła Sonia. Umordowana, strasznie zmęczona życiem i trasą, od razu stwierdziła, że to było bezsensu. W ciągu następnych minut śmialiśmy się z siebie i stwierdziliśmy, że to nie jest nasze bieganie. Owszem, trudna technicznie trasa to coś, co uwielbiam, ale dystans jeszcze nie ten.
Czy to czas na podjęcie odważnej decyzji i wybieranie zawodów w rzeczywiście mądry sposób? Tego jeszcze nie wiem. Ten sezon będzie do samego końca mocno eksperymentalny. Dystanse będą raczej krótsze niż dłuższe, także zobaczymy co życie pokaże. Teraz na pewno trzeba dojść do siebie i spróbować powalczyć na Eliminatorze. Chciałbym tam wreszcie pokazać coś fajnego.

Z zupełnie innej beczki: podczas UTM35 miałem przyjemność testować nowy kubek, który można nabyć w sklepie Decathlon. Nie jest składany, ale łatwo się zgniata. Nie chciałem jednak ryzykować jego uszkodzenia jeszcze przed startem, więc postanowiłem przymocować go luzem do kamizelki. Wydawać by się mogło, ze dyndający kubek będzie doprowadzał mnie do szału. Tak jednak nie było, bo jest on na tyle lekki, że nawet obijając moje plecy przez 36km był ledwo wyczuwalny. Usztywniona góra kubka sprawia, że pije się z niego jak z normalnego kubeczka, co jest o niebo wygodniejsze w porównaniu z kubkami innych, droższych firm, które bardzo często przypominają bardziej woreczki niż naczynia do picia. Jedyne czego mi brakło, to jakiegoś sprytniejszego mocowania do kamizelki. Ja po prostu go przywiązałem, co okazało się kiepskim rozwiązaniem, bo w pewnym momencie nie umiałem go odczepić. Kwestia wprawy i może być to całkiem fajny kompan do górskich wyryp.