Trzeci wschód słońca na Babiej Górze


Moja siódma wizyta na szczycie Diablaka to kolejna nauka gór i tego, że nie można sobie tam niczego planować będąc małym, bezsilnym człowieczkiem. Babia była łaskawa kolejny raz, ale tylko w kilku procentach. Ciekawe kiedy będzie brutalna?

Na mój trzeci wschód słońca na Babiej wybierałem się w towarzystwie Soni, Natalii i Darka. Skład lekko rozszerzony względem roku ubiegłego, co bardzo mnie cieszy. Mam nadzieję, że stanie się to naszą listopadową tradycją. Tym raz od samego początku z problemamy i wielkim dylematem: jechać czy nie jechać - oto jest pytanie.
Wszystko dlatego, że prognozowany był deszcz. Stwierdziliśmy jednak, że ryzykujemy i jedziemy. Budzik trąbił o 1:00, a o dach uderzały kolejne krople deszczu - pada... Szybkie zgrupowanie przy stole, sprawdzanie pogody i ostateczna decyzja, że próbujemy, bo ma przestać padać w trakcie naszej drogi. Na Krowiarki jechaliśmy z Brennej, więc w aucie spędziliśmy tylko około 2godziny.
Na parkingu zastała nas całkiem niezła pogoda. Około 11stopni i brak deszczu. Wiatr wyjątkowo słaby jak na tamto miejsce. Ciśniemy do góry z uśmiechem na twarzy, chociaż plecaki ciężkie jak diabli. Ten trekking kiedyś mnie wykończy ;)
Od Sokolicy zaczęły się dość fajne widoczki, zaczęło lekko wiać, a nam nadal dopisywały humory. Babia nocą cieszy mnie niesamowicie. Ta góra chyba nigdy mi się nie znudzi, zwłaszcza, że zawsze wywołuje u mnie wyjątkowy stan ducha.
Od Gówniaka klasycznie wiało złem. O wschodzie zapomnieliśmy, bo chmury zasłoniły tak skutecznie wszelkie widoki, że nawet siebie momentami nie widzieliśmy za dobrze. Wystarczy popatrzeć na fotę, na której Darek jest gdzieś tam z przodu ;)
Babia kolejny raz udowoniła, że po niej można się spodziewać wszystkiego. Rok temu przywitała nas srogą zimą, tym razem temperatura ok, śniegu brak, ale widoków też brak i lekko pokropiła nas deszczem.

Na szczycie zrobiliśmy sobie kilka minut postoju. Było trochę zdjęć z mygłą i klasyczne stanie za murkiem z innymi łowcami wschodów, którzy nie mieli dziś, tak jak my, szczęścia. Na zejściu była bardzo fajna przerwa śniadaniowa poniżej szczytu Gówniaka, a później miłe rozmowy o aktywnym trybie życia do samego parkingu. Uwielbiam tak spędzać czas z Bliskimi, cieszę się bardzo, że wszystkich nas to kręci i możemy robić to razem. Nie jest łatwo wstać o 1:00 tylko po to żeby pochodzić po górach przy kiepskiej widoczności i atakującym, co jakiś czas, deszczu. Dzięki za ten wypad i czekam na następny.

Zapis naszej trasa :) - babiogórski klasyk