Trzask w górach oznacza kłopoty


Po sobotnim szaleństwie na nartach (i nie tylko), niedzielny poranek był naprawdę ciężki. Czułem każdą część ciała i zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że w górach czekają mnie bardzo wymagające warunki. Nie spodziewałem się jednak, że nadchodzący trening przerodzi się w próbę mojej psychiki, próbę umiejętności nawigowania we mgle, a przy okazji dostarczy mi bombowej mieszanki różnych emocji.

Wszystko zaczęło się od próby sforsowania ściany śniegu w kierunku Karkoszczonki. Poległem tam po około 200m z powodu puchu sięgającego mi miejscami aż do pasa. Jako, ze strój biegowy średnio nadaje się do torowania w takich warunkach, wybrałem bezpieczniejszy wariant i zbiegłem po prostu odśnieżoną drogą na dół do Brennej.
Dalej uparcie obrałem kierunek Karkoszczonka. Szlak turystyczny był wczorajszy. Nie oznacza to nic innego jak fakt, że ktoś wczoraj nim się poruszał, więc było odrobinę przetarte. Powoli podbiegałem, a śnieg sięgał mi maksymalnie kolan. Całe szczęście był bardzo lekki, wiec nie sprawiał mi większych problemów.
Po dotarciu na przełęcz odbyłem krótką modlitwę w moim ulubionym miejscu, a później zrobiłem szybki przegląd sytuacji. W kierunku Klimczoka były ślady nart, a szlak Św. Jakuba był przetarty skuterem, który pewnie jechał aż do Błatniej.
Stwierdziłem, że skoro na Klimczok są ślady nart, to mogę spróbować się tam udać. Tak też zrobiłem, a chwilę później zaczęła się jazda bez trzymanki. Najpierw bardzo szybko dogoniłem właściciela śladów narciarskich, który był Gorpowcem podchodzącym do schroniska, a następnie wyprzedziłem Turystę, który torował nam przejście. Od tamtego momentu oczywiście to ja byłem odpowiedzialny za wyznaczenie śladu.
Nie widziałem w tym jednak żadnego problemu, bo znam tamten rejon naprawdę dobrze. Podczas trawersowania zbocza Klimczoka napotkałem delikatne trudności, ale czułem się bezpiecznie, więc szedłem twardo przed siebie. Gdy zostało mi ostatnie podejście do Siodła pod Klimczokiem miałem ogromnego banana na twarzy i bawiłem się doskonale. Widoki były wręcz oszałamiające.
Nagle cała sytuacja się załamała. Z kroku na krok pojawił się silny wiatr, a wraz z nim bardzo szybko zaczęła przybierać na gęstości otaczająca mnie mgła. Chwilę później usłyszałem ogromny trzask(!). Gdy odwróciłem się za siebie zobaczyłem ogromną ilość unoszącego się śniegu i upadające sporych rozmiarów drzewo. Wtedy dotarło do mnie, że drzewa są całkowicie oblodzone i nie poradzą sobie z nadchodzącym wiatrem.
Zacząłem napierać do góry ile sił w nogach i modlić się o szybką ewakuację. Na szczycie Klimczoka chwilę odpoczywam i analizuję sytuację. Boję się wracać otwartym terenem, więc pomimo wszystko wybieram las i drogę powrotną przez Trzy Kopce. Było to ryzykowne rozwiązanie, ale jedyne, które mój mózg akceptował. Chwilę za Klimczokiem spotykam lekko zdezorientowanych biegaczy. Nie widzą szlaku, zadają pytane czy znam ten teren. Trochę mnie to martwi, bo wiem, że znowu czeka mnie nawigowanie - tym razem w gęstej jak mleko mgle.
Na Trzech Kopcach masakra. Poruszam się kompletnie nie po szlaku, bo w jego obszarze zapadam się głębiej niż po pas. Po wydostaniu się z otwartej przstrzeni wpadam kolejny raz w śnieg po kolana, ale to był wtedy mój najmniejszy problem. Nad moją głową znajdują się setki oblodzony gałęzi, gotowych by runąć w każdej chwili prosto na mnie. Nie myśląc zbyt długo rzucam się w prostą drogę. Pędzę ile sił w nogach i zliczam w głowie uciekające metry. Po dotarciu do granicy lasu odbijam w lewo i nareszcie mam ślad! Wpadłem w końcu na szlak Św. Jakuba, który przetarł skuter! Całe szczęście, że na Karkoszczonce zwróciłem na to uwagę! Jestem uratowany :)
Pędzę w dół, las staje się coraz bardziej rozświetlony, tracę wysokość i odzyskuję wzrok. Pozostaje mi kilkaset metrów w śniegu do pasa, który pokonał mnie na samym początku treningu. Tym razem nie mam wyjścia i muszę się przebić. Czas zatrzymuje się w miejscu, ale ostatecznie docieram do domu. Czuję się jakbym wrócił co najmniej z Alp.
To wielka nauka. Ten trening był jednym z najlepszych w moim życiu i na pewno zapamiętam go na bardzo długo. Matka natura pokazała mi odrobinę swoich możliwości. Przepiękne doświadczenie, dziękuję!

Zapis tego morderczego treningu dla ciekawskich + kilka fotek ;)