W cztery oczy z Czantorią


Po dość ciężkim, wymagającym i bardzo intensywnym kwietniu, czas na treningowy maj. Na ten miesiąc mam zaplanowany jeden start na dystansie półmaratonu w Wiśle. W porównaniu do poprzedniego miesiąca można zatem powiedzieć, że będzie luzik. Nic bardziej mylnego. Chcę teraz skupić się na mocnym treningu, wzmocnić jeszcze troszkę wytrzymałość przed czerwcowym Rzeźnikiem.

Długi weekend majowy niestety spędziłem w pracy. Szykował mi się wyjazd w środę wieczorem, więc dopiero dziś (04.05) oraz jutro (05.05) mam wolne. Wyjazd się niestety przesunął, więc nie można było marnować tego dnia. Z samego rana, jeszcze przed 6:00 wyruszyłem na spotkanie z Czantorią. Około 7:00 byłem na parkingu i już się przebierałem. Zaplanowałem sobie trasę, którą całkiem niedawno przeszliśmy z Sonią w ramach naszej Korony Beskidu Śląskiego. Miałem zamiar przebiec to tak, żeby za bardzo się nie zmęczyć. Mam znowu sporo kilometrów w nogach, więc trzeba się oszczędzać. Na szczęście ostatnio mocno zwolniłem podczas treningów, więc pomimo tego, że są dłuższe niż zwykle, to bardzo szybko dochodzę po nich do siebie. Pierwsza część trasy, między dolną stacją kolejki na Czantorię, a Poniwcem, bardzo przyjemna. Nachylenie drogi jest bardzo delikatne, da się przyjemnie biec. Niestety gęsta mgła pozbawiła mnie jakichkolwiek widoków. Od Poniwca zaczęła się prawdziwa zabawa. Początek pokonałem szybkim marszem. Biec zacząłem dopiero, gdy dotarłem do górnej stacji wyciągu. Przeważnie na tamtym odcinku są przepiękne widoki, a później wspaniały las. Dziś był niestety tylko las. Przed samym szczytem się rozpadało. Zmusiło mnie to do bardzo przyspieszonego odpoczynku. Jedyne co zrobiłem, to napisałem smsa, że żyję, wziąłem łyk wody i poleciałem w dół. Ku mojemu zaskoczeniu na szczycie byłem po 53minutach. Zakładałem, że zejdzie mi to o wiele dłużej - bardzo fajnie! Zbiegałem czerwonym szlakiem. Mgła oraz deszcz strasznie utrudniały mi tę czynność. Kamienie były śliskie jak diabli - trzeba było mocno uważać. Błota spodziewałem się więcej, więc to kolejny plus - nie było tak źle. Czantoria chyba jednak czasami ma jakieś sumienie i dziś chociaż błoto mi darowała :) Do auta dobiegłem po kolejnych 17minutach, więc całość zajęła mi godzinę i 10minut. W tym czasie pokonałem 10,83km [+/- 670m]. Średnie tempo: 6:27 min/km.
Jestem bardzo zadowolony, bo czas wyszedł o wiele lepszy niż zakładałem, a nigdzie nie cisnąłem na siłę. Myślę, że kiedyś dam radę zrobić tę trasę poniżej godziny :D Taki stawiam sobie cel!

Kolejny samotny trening za mną. Ostatnio pierwszy raz sam biegałem po górach, dziś pierwszy raz nawet całkowicie sam pojechałem. Co jest fajnego w takim trenowaniu? Cisza. Będąc sam mogę się skupić na tym co robię, przemyśleć oraz zaplanować wiele nowych rzeczy. Nic mnie nie goni, ja nikogo/niczego nie gonię. Bardzo fajnie spędzony czas sam na sam z lasem, górą i sobą. Polecam!

Na koniec wrzucam zapis mojej dzisiejszej --> trasy <--.