[Tatry] Ten z rogami na Giewoncie


Góry ciągle uczą nas pokory i cierpliwości. Taki wniosek mogę wyciągnąć po ostatnich dwóch miesiącach. Bezustannie miałem ochotę pojechać w Tatry, zrobić coś 'fajnego'. Niestety nie było to możliwe, bo cały czas pogoda nie była zbyt dobra. W pewnym momencie zaczyna to wkurzać, mocno irytować, a wtedy człowiek dostaje nagrodę w postaci jednego, jedynego dnia... gdzie ma czas, a pogoda jest jak marzenie.

Tak było właśnie dziś. Na początku tego tygodnia sprawdziłem pogodę (codziennie to robię). Nie mogłem uwierzyć w to, że sobota zapowiada się pięknie. Pomyślałem "nareszcie, można jechać - jest zielone światło". Nic bardziej mylnego. We wtorek wieczorem wskoczyła lawinowa trójka. Kolejny zawód, ale nie załamałem się. Dałem sobie czas do czwartku - "jeżeli w czwartek wieczorem spadnie do dwójki i taka sytuacja utrzyma się do tej soboty... to jedziemy!". Tak też się stało, więc wczoraj zakupy, pakowanie i zamiast do łóżka, wsiadłem do samochodu, zabrałem Sonię i jedziemy. Droga była dramatyczna. Mgła jak z prawdziwego horroru, przez 1.5 godziny nie jechałem szybciej niż 40km/h. Na szczęście jakoś się dotoczyliśmy pod Kuźnice. Tam szybki przepak i lecimy. Początek bardzo spokojnie, do Kalatówek w sumie bez większych emocji. Później szlak stał się mocno oblodzony, więc wskoczyliśmy w raki. Do Hali Kondratowej taka sytuacja się utrzymywała, ale piękny las zwracał wszystko. Po dotarciu do schroniska przyszedł czas na śniadanie - nareszcie! Byliśmy już niesamowicie głodni. W schronisku świetna, rodzinna atmosfera. Na jedzeniu spędziliśmy około 45minut, a później przyszedł czas na danie główne dzisiejszego dnia - podejście pod Giewont.

Początkowo znowu poruszaliśmy się lasem. Po około 30minutach dotarliśmy pod wschodnią ścianę Kopy Kondrackiej, a tam zaczynała się prawdziwa rzeźnia. W prognozach było przewidywane -6 stopni na dziś. Z tego powodu ubraliśmy się "jak na wojnę". Rzeczywistośc okazała się jednak zupełnie inna, było 11-12 stopni, ale na plusie! Walczyliśmy z ciężkim, mokrym śniegiem aż do przełęczy. Momentami było serio ciężko, przez myśl przechodził odwrót. Przełamaliśmy się jednak i poszliśmy za ciosem. Od przełęczy do szczytu było już zdecydowanie lepiej. Duża część trasy 'wiosenna'. Trochę błota, trochę śniegu, a skały przed samym szczytem suche. W kopule szczytowej mieliśmy niesamowite szczęście spotkać aż 8 Kozic! Mijaliśmy je w odległości może 2-3 metrów, a One, niewzruszone, spokojnie spożywały śniadanko. Pod krzyżem przyszedł czas na chwilę odpoczynku i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Do przełęczy bez zmian - bardzo spokojnie. Słońce ciągle mocno operowało, czuliśmy się jak na plaży (tylko ubrani jak na 20 stopni mrozu). Cały czas martwił mnie odcinek poniżej. Schodziliśmy koło południa, więc śnieg mógł być mniej stabilny. Szybko jednak się okazało, że sytuacja jest dobra, więc postanowiliśmy spróbować naszych pierwszych... dupozjazdów! Było świetnie, droga powrotna zleciała niesamowicie szybko. Cała wycieczka była pełna różnych emocji, a z powodu temperatury była niesamowicie męcząca. Fajnie było znowu wrócić w Tatry, mam nadzieję, że czas szybko zleci i pojawię się tam kolejny raz. Dzięki Sonia raz jeszcze za świetną zabawę, Giewont zapamiętam na długo. Trasa jest dostępna -->TUTAJ<--

Galeria zdjęć