[Tatry] Zimowy prolog #1 - Nocny koszmar na Nosalowej Przełęczy


Od dłuższego czasu planowaliśmy nasz pierwszy zimowy wyjazd w Tatry, podczas którego mieliśmy ochotę 'na coś więcej'. Przygotowaliśmy się na tyle, na ile byliśmy w stanie, a reszta była już po stronie Tatr. Jak wiadomo - najważniejsza jest pogoda. Bez tego ani rusz.

Zakładając dobrą pogodę, mieliśmy w planach wejście na Kasprowy, a później przejście w kierunku Świnicy. Wszystko jednak legło w gruzach, wraz z ogłoszeniem trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego na kilka godzin przed naszym wyjazdem. Plany jednak szybko można zmienić i tak też zrobiliśmy. Wyjechaliśmy wczoraj o 23:00 z Gliwic i już około 3:00 byliśmy nieopodal Kuźnic. Zdecydowaliśmy o wejściu na Nosalową Przełęcz, dalej w kierunku Wielkiego Kopieńca, a później się okaże. W drogę wyruszyliśmy około 3:40. Już od samego początku wiedzieliśmy, że u góry będzie wietrznie. Jeszcze podczas pakowania rzeczy na parkingu pięknie kurzyło śniegiem. Początek drogi bardzo przyjemny - na szlaku niewielkie zaśnieżenie, odrobinę ślisko i ... cholernie ciemno. Czołówki na szczęście dawały jakoś radę. W pewnym momencie podjeliśmy decyzję o założeniu raków, bo zaczynaliśmy się coraz bardziej ślizgać. Korzystając z przerwy zjedliśmy też jakieś małe śniadanko. Posiłek w takie scenerii? - Bajka. Nie wiedzieliśmy jednak, co czeka nas dalej. Prawdziwa zabawa zaczęła się gdy dotarliśmy w okolicę Nosalowej Przełęczy. Już na dzień dobry podmuch sprowadził nas do parteru, po kilku sekundach przyszedł kolejny - jeszcze silniejszy. Miało się wrażenie, ze zaraz pourywa nam głowy. Wiatrł wybił nam z głowy wejście na Nosal w kilka sekund. Uciekliśmy z tego miejsca jak najszybciej w kierunku Polany Olczyskiej. Nie chcieliśmy wracać tą samą drogą, poza tym chcieliśmy sprawdzić czy warunki w dalszej części trasy przypadkiem się nie poprawią i może uda się wykonać plan. Początek szlaku w kierunku polany bardzo przyjemny, aczkolwiek szalejący wiatr, masa połamanych drzew, 2 godziny do świtu nie napawały nas optymizmem. Powoli posuwaliśmy się do przodu, niestety szlak stawał się coraz mniej widoczny, a śniegu mocno przybywało. Dodatkowo w pewnym momencie zauważyliśmy niepokojące ślady. Szerokie, krótkie łapy, w dodatku ślad wyglądal na dość świeży. Łatwo się domyślić, że od razu przybyło nam sił i zaczęliśmy jak najszybciej uciekać w dół. Po tym jak dotarliśmy w okolice Polany Olczyskiej zaczęły się kolejne kłopoty. Śniegu było sporo, otwarta przestrzeń pozwalała zamieci rozwijać skrzydła, a my mieliśmy już dość. Walka była, ale udało się. Jakiś czas później byliśmy już bezpieczni na przystanku autobusowym. Tak rozpoczynamy naszą 3-dniową zabawę w Tatrach. Po dotarciu do samochodu zrobiliśmy 2 godziny przerwy i ruszyliśmy w kolejną trasę, bo na zegarku dopiero 9:00. Naszym celem było niewielkie wzniesienie o barwnej nazwie Upłaziański Wierszyk, które znajduje się po drodze na Czerwone Wierchy z Doliny Kościeliskiej. O tym jednak w następnym wpisie.

Podsumowując: wyjście w góry nocą może nie należy do najmądrzejszych pomysłow, aczkolwiek sama przygoda była tego warta. Teren był względnie bezpieczny. Wiatr natomiast zawsze potrafi zaskoczyć swoją potęgą. Pozostałe 'atrakcje' zapadną w naszej pamięci na długo.
Gorące pozdrowienia z naszych pięknych Tatr!
Trasa jest dostępna -->TUTAJ<--

Pozostałe posty z wyprawy: