[Tatry] Powrót na Wołowiec


Przygotowania do najtrudniejszego startu w tym sezonie mogę uznać za zakończone. Już w najbliższą sobotę zmierzę się z najtrudniejszą trasą w moim życiu, a ostatni spacer po Tatrach potwierdził moje przypuszczenia. Będzie niesamowicie cieżko i nie mam już tutaj najmniejszych wątpliwości. Zapraszam na krótką relację z Trekkingu po jednym z fragmentów trasy Tatra Fest Bieg.

Trasę na Wołowiec przez Grzesia pokonaliśmy z Sonią w 2016roku. Wtedy było jeszcze sporo śniegu, mróz i ogólnie wszędzie dominowała zima. Teraz wszystkie znaki na ziemii i niebie wskazywały na zupełnie inne warunki. Miało być słonecznie, ciepło (jak na Tatry), bezchmurnie, po prostu pięknie! No i tak też było!
Do Witowa wyjechaliśmy o 23:00 (jak zwykle), ale tym razem z Brudzowic. Weekend spędzaliśmy u moich Rodziców, więc była doskonała okazja do wspólnego wypadu w góry. Na tę piękną podróż wybrała się z nami moja Mama oraz starsza Siostra.
Na parkingu zameldowaliśmy się około 2:10. Była przepiękna widoczność i pierwsze 10minut spędziłem na podziwianiu gwiazd. Dopiero później rozpocząłem przygotowania do drogi. Na szlak wyruszyliśmy około 2:30.
Pierwszy fragment to, niestety już odrobinę nudna, Dolina Chochołowska, która ciągnie się przez 7.5km. Prawie 2 godziny spędzone na tym odcinku kosztują nas zawsze najwięcej utraconej siły, ale tej psychicznej. Całe szczęście udało się przetrwać i mogliśmy chwilę odpocząć w schronisku. Na nasze konto wpadło nawet 15min drzemki przy stole. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i trzeba było ruszać dalej. Przed nami było pierwsze podejście tego dnia - na Grzesia. Mnie to podejście bardzo cieszyło, bo cały czas było mi troszkę zimno i nareszcie udało mi się wygenerować trochę ciepła.
Pod Grzesia docieramy bardzo sprawnie, ale zanim osiągamy jego szczyt, wstępujemy jeszcze na szczyt Kruźlika - ja nazywam go Małym Grzesiem. Na szczycie dużego Grzesia robimy przerwę dosłownie tylko na fotkę i lecimy w kierunku Rakonia. Maszerując przez Długi Upłaz ogarnia mnie niesamowita radość. Z każdym zdobytym metrem widoki stają się coraz piękniejsze. Pogodę mieliśmy cudowną do tego stopnia, że momentami naprawdę nie wiedziałem gdzie najpierw patrzeć.
Na Rakoń docieram ze zrobioną ponad setką zdjęć. To mi się chyba nie zdarzyło nigdy wcześniej. Myślę, że to efekt tak długiej nieobecności w Tatrach przy pięknej, letniej pogodzie. Przed nami danie główne tego dnia: podejście na Wołowiec. Każdy kto ma je w nogach, wie jak bardzo jest ono wymagające. My jednak tego dnia byliśmy w doskonałej formie. Cała czwórka dotarła na szczyt w ekspresowym tempie, a tam spędziliśmy następne 30min siedząc i starając się nacieszyć swoje oczy magią otaczającego nas krajobrazu.
W międzyczasie wykonałem testowy zbieg w kierunku Łopaty + podziwiałem Rohacze, na które mam coraz większą ochotę. To właśnie m. in. z nimi będę chciał związać jeden ze swoich prywatnych projektów na najbliższą przyszłość.
Po tym cudownym czasie spędzonym na szczycie Wołowca, przyszedł czas na smutny powrót. Czekało nas 4godzinne zejście przez Wyżnią Dolinę Chochołowką + tą położoną niżej. Do auta dotarliśmy ostro zmęczeni, wyglądaliśmy jak ludzie, którzy serio pragną snu. Po nieprzespanej nocy to w sumie chyba nic dziwnego, zwłaszcza, że w nogach mieliśmy jedyne 27km ;) .

Podsumowując wycieczkę trzeba podkreślić kolejny raz pogodę. Taka żyleta zdarza się w Tatrach nieczęsto, więc jestem bardzo wdzięczny, że dane mi było znow mieć takie widoczki. Trasa w wersji letniej chyba jeszcze piękniejsza niż w zimowej odsłonie. Mi szczególnie podobał się Wołowiec - miałem zupełnie inne wspomnienia z tej góry, teraz będą jeszcze lepsze! Dziękuję całej naszej ekipie: Soni, Mamie oraz Oldze, za świetnie spędzoną niedzielę. Warto było się trochę znowu pomęczyć :)
W Tatry wracam z Sonią już za tydzień. W sobotę czeka mnie ciężka przeprawa i kolejna nauka życia. Do usłyszenia!

Galeria zdjęć