[Tatry] Ten z zimą w kwietniu i obrażonym Giewontem


Ostatnio miałem lekkiego doła motywacyjnego. Byłem marudny, na treningi wychodziłem odrobinę niechętnie i nie robiłem na nich nic konkretnego. Z pomocą przyszła, jak zawsze niezawodna, Sonia, która zabrała mnie na urodziny w Tatry. Wyjazd naładował mnie energią tak, że teraz mogę się nią dzielić na prawo i lewo. Działo się dużo, a każdy przebyty kilometr dawał nam sporo radości. Zapraszam na opowieść o tym jak Giewont się na nas obraził, ale ostatecznie jakoś się dogadaliśmy.

Do Kościeliska dotarliśmy, po całkiem sprawnej podróży, w piątek rano. Planem na pierwszy dzień pobytu było rozbieganie po Drodze pod Reglami i powrót Ścieżką nad Reglami, startując nieopodal wejścia do Doliny Strążyskiej. Droga pod Reglami zleciała nam bardzo szybko. Ledwo przegadaliśmy kilka tematów, pooglądaliśmy odrobinę lasu, a już byliśmy w Kirach. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale w sumie nie przejmowaliśmy się tym za bardzo, bo prognozy ostrzegały nas o tym od kilku dni. Warto tutaj zaznaczyć, że kilkukrotnie spotykaliśmy pola pełne krokusów, które mieliśmy tylko dla siebie. Da się w Tatrach oglądać krokusy w samotności? Oczywiście, musi być tylko powrót zimy i tzw. dupówa.
Po odbiciu w lewo z Doliny Kościeliskiej zaczęła się główna atrakcja (akcent biegowy) pierwszego dnia. Był to długi, wymagający podbieg, dzięki któremu Ścieżka nad Reglami nabiera swej wysokości.
Jakoś tak wyszło, że ujemna temperatura, kiepskie widoki i padający lekko śnieg obudziły w nas ochotę do walki i oboje rzuciliśmy się do pojedynku z górami. Uparcie, ale bardzo spokojnie podbiegaliśmy i z każdym krokiem zbliżaliśmy się do Przysłopu Miętusiego, gdzie liczyliśmy na lekki odpoczynek. Na naszą walkę nieśmiało zza mgły spoglądały Zawiesiste Turnie, które bardzo cieszyły moje oko.
Po dotarciu na przełęcz rzeczywiście zaczęliśmy odpoczywać. Czekał na nas mega przyjemny zbieg przez las w zimowych, ale bardzo urokliwych warunkach. Było tak ładnie, że dosłownie teleportowaliśmy się do Doliny Małej Łąki.
Generalnie wydawało nam się, że podejście na Przełęcz w Grzybowcu to będzie najtrudniejsze wyzwanie pierwszego dnia. Nie mieliśmy jednak świadomości jak bardzo się myliliśmy. Przekonaliśmy się o tym dopiero na... zejściu z niej! W lesie było cieniuteńka warstewka nowego puchu, a pod nią stary, przetopiony kilkukrotnie, lód. Tempo drastycznie nam spadło, uważaliśmy na każdy krok, no i automatycznie stało się nam lekko zimnawo. Nie pozwoliliśmy jednak żeby dobre humoru nas opuściły i finalnie wyszliśmy z tego starcia górą. Pierwszy dzień zakończyliśmy na około 18km pięknej, leśnej przygody. Wieczorem wjechała przepysza kolacja i byliśmy gotowi na kolejnego wyzwania.
Problem z Tatrami polega na tym, że trzeba do nich wielkiej cierpliwości. Potrafią w najmniej oczekiwanym momencie się obrazić i pokryć chmurami tak gęsto, że kompletnie nic nie widać. Tak było w piątek, tak było też w sobotę. Całe szczęście naszymi znakami zodiaku jest baran (tak, dwa barany to niezłe kombo), więc wyruszliśmy z Toporowej Cyrhli w kierunku Hali Gąsienicowej bez najmniejszego zastanowienia. Pierwszy etap biegu do Psiej Trawki to czysta przyjemność. Las tam jest naprawdę przepiękny i nie można się w nim nudzić jeżeli chociaż w najmniejszym stopniu jest się fanem drzew i innych takich roślin. Sonia jest, ja także, więc biegliśmy i się zachwycaliśmy.
Od Psiej Trawki do Murowańca zachywaliśmy się już nieco mniej. Chmury były blisko, za blisko(!), nas i nie widzieliśmy nic. Sonia rzuciła luźno żeby pobiec nad Czarny Staw Gąsienicowy i dopiero zrobić przerwę w schronisku. Jak się później okazało, był to po prostu genialny pomysł. Chwilę po minięciu schroniska, i wejściu na szlak w kierunku stawu, niebo całkowicie się otworzyło i naszym oczom ukazała się caluteńka Orla Perć, Kościelce, a ja prawie oszalałem ze szczęścia.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz ogarnęła mnie taka radość. Nad staw dotarłem w kompletnej euforii, nie mogąc nacieszyć się tym co widzę. Najważniejsze to mieć odpowiedniego kompana do takich wypraw. Pchanie się w góry w kiepskiej pogodzie czasami zostaje nagrodzone!
Nad brzegiem spędziliśmy około 10-15minut. Cała wyprawa była ich w 100% warta, to właśnie ten moment naładował całe nasze baterie. Podczas drogi powrotnej do Murowańca, chmury wróciły na swoje miejsce i znowu wszystko pokryła biel. Szczęście? Jasne, ale na nie też trzeba zapracować.
Po szarlotce, herbatce i kawie zbiegliśmy do samochodu. To była niesamowita wycieczka! Wieczorem idąc do sklepu zauważyłem jednak, że jestem już prawie dwie doby w Kościelisku, a Giewont nadal mi się nie pokazał. Pomyślałem, że się na nas obraził, bo od ostatniej wizyty upłynęło naprawdę wiele czasu. Przeprosiłem go za takie zaniedbanie i liczyłem, że przed wyjazdem uda nam się pogodzić.
Trzeciego dnia przyszedł czas na powrót do domu. Zanim jednak to nastąpiło wyskoczyliśmy do Kościoła, a później na rytmy w okolice Butorowego Wierchu. Szybko okazało się, że Giewont przyjął przeprosiny, bo pokazał nam się w całej swojej okazałości. Dogadaliśmy się, że tym razem szybciej wrócimy znowu go wychwalać, także już teraz odliczam dni do następnego wyjazdu. Było cudownie!
Na koniec trochę prywaty: wczoraj miałem urodziny. Były to zdecydowanie najlepsze urodziny w życiu, bo spędzone z Sonią w moim ukochanym miejscu. Dziękuję!