[Tatry] Rakuska Czuba i Kasprowy Wierch podbiegnięte!


Długi sierpniowy weekend to dla nas zawsze doskonała okazja do wizyty w Tatrach. Pomimo ogromnego ruchu na drogach, tłumów w górach, my zawsze znajdziemy kawałek miejsca dla siebie i wykorzystamy czas wzorowo. Festiwal Biegowy w Krynicy nadchodzi wielkimi krokami. Chciałbym w tym roku zrobić tam jakiś fajny wynik, więc stwierdziłem, że przy okazji wizyty w Białce Tatrzańskiej zrobię sobie mały obóz siłowy.

Na tę zabawę miałem jakieś 2 doby. Byliśmy po czwartkowym weselu, więc do Białki dotarliśmy dopiero koło 15:00. Nasz budynek okazał się mieć rewelacyjną, bardzo cichą lokalizację ze wspaniałym dostępem do stoków narciarskich oraz rzeki Białki (wypływającej prosto z MOka). Jeszcze w piątek ruszyliśmy z Sonią na pierwszy, rozgrzewkowy trening. Miejscem naszych zmagań była słynna Kotelnica, na którą ostatecznie Sonia podbiegła 2 razy, a ja jeden raz więcej. Po wszystkim wróciliśmy sobie do naszego budynku przez Jankulakowski Wierch, a po drodze stwierdziłem, że to idealna miejscówka do trenowania. Widoków może nie ma ładnych, góry też nie są najładniejsze (bo strasznie przeorane przez człowieka), ale warunki do podbiegania boskie.
Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak w sobotę. Pogoda była łaskawa i podczas gdy w Tatrach odbywały się 2 świetne biegi ultra, ja szlifowałem formę w drodze nad Zielony Staw Kieżmarski. W zawodach niestety nie było dane mi wystartować, ale i bez nich potrafię się świetnie bawić.
Drogę do stawu pokonaliśmy w niecałe 1.5godziny, podczas gdy znaki pokazywały, że zejdzie nam około 3godz. Jasno pokazuje to, że Sonia z roku na rok rozkręca się z tempem poruszania się po Tatrach.
Na miejscu bardzo miłe zaskoczenie. Zielony Staw Kieżmarski okazał się jednym z ładniejszych miejsc w Tatrach, a dodatkowo były tam kaczki! Dla nas bomba ;) - pomimo tego, że tych nie mogliśmy dokarmić.
Po krótkim odpoczynku zaczęła się moja chwila zabawy. Ruszyłem ostro w kierunku Rakuskiej Czuby, na którą niestety wisiały gęste chmury. Na widoki jednak nie liczyłem, a na ciekawą walkę z podbiegiem.
Od samego początku nie mogłem narzekać na nudę. Najpierw w oddali było słychać obryw skalny, a wtedy od razu zdzwoniliśmy się z Sonią żeby upewnić się, że wszystko u nas ok. Dalej czekały mnie łańcuchy, a na nich korek. Szybko oceniłem, że dam radę wejść bokiem i tak też zrobiłem. Później była już klasyczna wyrypa do góry po stopniach skalnych. Całe szczęście turyści ułatwiali mi drogę, a czasami rzucili nawet jakieś miłe hasło czy uśmiech.
Im wyżej tym gorsza widoczność. Do szczytu dotarłem już w całkowitych mleku. Droga od stawu zajęła mi niecałe 32minuty, a czego byłem bardzo zadowolony. Zbieg to była już formalność, a zaraz za łańcuchem czekała na mnie Sonia, z którą wróciłem spokojnym tempem do samochodu. Nogi były ostro zajechane, ale w mojej głowie zrodził się i tak dość ambitny plan na niedzielę. Aby go wykonać po powrocie do Białki od razu wskoczyliśmy do rzeki.
Obóz to obóz - trzeba go zakończyć z przytupem. Mając pełne wsparcie Soni zorganizowaliśmy się tak, że mogłem spróbować podbiec Kasprowy Wierch! Po drodze mieliśmy lekkie opóźnienie, bo niestety byliśmy swiadkami wypadku. Samochód potrącił, jadącego na rowerze, uczestnika jakiegoś rajdu. Chwilę tam postaliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę.
Po wykupieniu biletów Sonia poszła na Kalatówki, a ja przystąpiłem do niesamowicie trudnej walki z górą. Początek był bardzo prosty i całkowicie uśpił moją czujność. Tłumy na szlaku tylko odrobinę przeszkadzały w podbieganiu, a wczorajsza Rakuska Czuba wcale nie siedziała jakoś mocno w moich nogach. Do Myślenickich Turni wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą. Prawdziwa zabawa miała jednak zacząć się później.
Końcowka szlaku na Kasprowy to prawdziwa jazda bez trzymanki. Nogi miały już dawno serdecznie dość, ale obiecałem sobie, żę dam z siebie 100%. Po wielu niekończących się zakrętach, omijaniu tłumów turystów, walce z wiatrem, bólem... udało się! Wbiegłem cały Kasprowy w 51minut i 39sekund. Liczyłem na nieco lepszy czas, ale nie miało to wtedy dla mnie znaczenia. Zabawa była niesamowita, widoki na szczycie piękne, a ja z poczuciem dobrze wykonanej roboty ruszyłem w dół, bo po chwili było mi bardzo zimno.
Za cały wyjazd dziękuję Soni, która znowu dzielnie znosiła moje głupie pomysły i wspierała mnie w ich realizacji. Nowe drogi wybiegnięte, a teraz już siedzę i myślę co będzie następne. Na koniec gratuluję wszystkim znajomym, którzy walczyli z sukcesami na trasie BUGT. Kiedyś też zmierzę się z tym smokiem!