[Tatry] Non Stop Trail - Trójkąt Kondracki oraz dobitka na Giewont


Wyjazd w Tatry marzył mi się od przynajmniej kilku miesięcy. Pogodę na kamerkach TOPR sprawdzałem kilka razy w tygodniu. Nadchodzący urlop dawał mi ogromną nadzieję, że wreszcie uda się tak wszystko poukładać, żeby wyskoczyć chociaż na jeden dzień. Tak też się stało, a na moją przygodę wyruszyłem z Człowiekiem, który wynosi moje bieganie na wyższy poziom już od kilku miesięcy.

Trójkąt Kondracki

Tak się składa, że w Tatry wyjeżdżałem z mojego domu rodzinnego. Byliśmy tam z Sonią na kilkudniowym urlopie. Stety/niestety czekała mnie pobudka o 3:30. Wyjazd w Tatry był jednak tak kuszący, że wstałem bez większego problemu, a o 5 byliśmy już w drodze razem z Adamem.
Postanowiliśmy rozpocząć ten piękny dzień od trasy naszego projektu Non Stop Trail - Trójkąta Kondrackiego. Wiedziałem zatem, że najpierw będę musiał podbiec Kasprowy Wierch, później udać się w kierunku Kopy Kondrackiej, a na koniec ominąć Giewont i pędzić ile sił w nogach na Kuźnice.
Łatwo napisać, trudniej wykonać. Po zrobieniu zdjęcia zaczęliśmy się toczyć pod Kasprowy. Ku mojemu zdziwieniu szło naprawdę dobrze! Na tyle dobrze, że postanowiłem przespieszyć i pojawić się na szczycie po około 56minutach. Patrząc na to, że nie kosztowało mnie to zbyt wielu sił - bardzo dobry wynik!
Z Adamem byliśmy umówieni, że na Kasprowym czekamy na siebie nawzajem. Nie pobiegłem więc dalej, tylko odrobinę się wróciłem. Miałem w tym ukryty interes, bo na szlaku podczas podbiegu spotkałem rodzinę Kozic.
Dalsza droga to bajkowy szlak, sporo siły i niesamowita zabawa. Czerpałem pełnymi garściami z otaczającego mnie świata.
Na zbiegu pojawiło się już sporo turystów. Ja postanowiłem odrobinę poszaleć i dostać się do Kuźnić dość szybko. Udało mi się to całkiem nieźle, bo Strava twierdzi, że segment należy od teraz do mnie!

Całą trasę zamknąłem w 2godziny i 28minut. Nie jest to może wyśrubowany rezultat, ale po taki jeszcze tam wrócę!

Biegnijmy jeszcze na Giewont

Po powrocie do auta przebraliśmy mokre rzeczy i stwierdziliśmy, że jeszcze nam mało. Postanowiliśmy całkowicie się dobić i wbiec jeszcze na Giewont od strony Doliny Strążyskiej! Jeszcze nigdy nie miałem przyjemności poruszać się tamtym szlakiem, więc byłem nieco podjarany.
Z racji tego, że zrobiło się ciut późno, to na szlaku zastaliśmy tłumy. Byłem mocno zaskoczony tym, że praktycznie wszyscy reagowali na mnie i moje podbieganie bardzo miło! Większość turystów robiła mi miejsce, a niektórzy nawet powiedzieli coś miłego. Nie ukrywam, że zmęczenie było potworne, ale ludzie fajnie motywowali do walki.
Podbieganie po tamtym szlaku to zupełnie inna bajka, niż podbieganie w Beskidach. Stopnie skalne wymuszały na mnie wysokie podnoszenie nóg, co było niesamowitą torturą. Całe szczęście jakoś się udało dotrzeć na przełęcz.
Gdy Adam do mnie dołączył udaliśmy się na szczyt Giewontu. Ja, widząc tamtejszą kolejkę, nie byłem zwolennikiem tego pomysłu, ale Adam bardzo skutecznie mnie zachęcił.
Na szczyt wskoczyliśmy bokiem, zaraz obok szlaku, więc sprawnie ominęliśmy kolejkę. Podobnie zrobiliśmy na zejściu, co w jednym momencie spotkało się z delikatną krytyką jednego Pana. Fakt - może nasze zachowanie nie było godne naśladowania, ale w innym przypadku po prostu zamazlibyśmy. Do biegania jesteśmy ubrani mega lekko, ubrania są przemoczone od podbiegania, a zatrzymanie się na szczycie Giewontu, to po prostu katorga.

Powrót do auta odbył się w spokojnym tempie. Nie chcieliśmy ryzykować zbiegania w trudnym terenie po ponad 30km i 2300m w pionie. Spełnieni, zmęczeni, wybiegani... dotarliśmy do auta. Wtedy przyszedł czas na powrót do domu...
Dziękuję Adam za ten wspólny czas - było świetnie! Mam nadzieję, że jeszcze tego lata zawitamy w Tatry na jedną z naszych tras.