[Tatry] Na Starorobociański Wierch przez Ornak


Długo wyczekiwany dzień, kolejna piękna górska przygoda za nami. Dziś pierwszy raz w większym składzie. Forma wyjazdu dość klasyczna, jak na nasze zwyczaje. Wyjazd w piątek o 23:00, w środku nocy meldujemy się na miejscu i ruszamy. Trasa wcześniej ustalona, wszystko wydaje się byc proste. Nie tym razem...

Plan od samego poczatku był dość ambitny. Chcieliśmy oblecieć sporą część Tatr Zachodnich. Do wycieczki przyłączyła się moja Mama Agnieszka oraz dobry znajomy z Night Runners - Dominik. Reszta składu jak w marcu, podczas nieudanej próby wejścia na Grzesia. Z Gliwic wyjechaliśmy dokładnie 23:01 - według planu. Na miejscu byliśmy około 2:30 - według planu. W ekipie panowały świetne nastroje, mnie jednak zmartwiły od samego początku widoczne na horyzoncie pioruny. Jeszcze przed startem sprawdziłem dzięki mojej ulubionej stronie internetowej na czym stoimy. Wszystko wyglądało bardzo optymistycznie, więc ryszyliśmy wgłąb Doliny Kościeliskiej. Tempo było okej, tematów do rozmowy nie brakowało, a mi po głowie chodziły tylko te burze. Raz po raz sprawdzałem co się dzieje. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jeżeli nie przyspieszymy, to nas złapie przed dotarciem do Hali Ornak. Ekipa się zmobilizowała, dotarliśmy do bezpiecznego miejsca na czas! Burza dotarła jakieś 5minut po nas, w tym czasie już zajmowaliśmy ławeczki/podłogę/schody w przedsionku schroniska :). Na zewnątrz grzmiało, a my smacznie sobie spaliśmy. Około godziny 5:20 przebudziłem się i zauważyłem, że burza sobie poszła. Na zewnątrz zimno, ale zbieramy się i idziemy dalej. Celem numer jeden, po opuszczeniu schroniska, była Iwaniacka Przełęcz. Tam zaczęło się mordercze podejście, raz ciepło, raz zimno. Ciągle ubieraliśmy kurtki, aby po chwili znowu je zdejmować. Przez chwilę miałem już serdecznie dość, wszystko zmieniło się gdy dotarliśmy do pierwszego tego dnia szczytu. Suchy Wierch Ornaczański, bo tak jest nazwany, dał nam nowe życie. Zajęliśmy się robieniem zdjęć, podziwianiem widoków i wszystkimi innymi rzeczami, oprócz marudzenia. Następne minuty przynosiły kolejne szczyty: Ornak, Zadni Ornak, Kotłowa Czuba i Siwy Zwornik. Od tego ostatniego rozpoczęliśmy swoje najważniejsze, tego dnia, podejście. Celem był wówczas Starorobociański Wierch! Samo podejście było dość wyczerpujące, wiał silny wiatr, chmury przelatywały nam dosłownie przez palce. Na szczycie wichura.

Widoki natomiast niesamowite. Tatry kolejny raz chciały mnie przekonać żebym został tam już na zawsze. Jest po prostu pięknie, nie umiem tego opisać, nie będę nawet próbować. Na Starorobociańskim spędziliśmy około 10, może 15minut. Był plan na zjedzenie II śniadania, wiatr jednak był za mocny i postanowiliśmy jak najszybciej uciekać w dół. Zejście było dość kłopotliwe. Nogi odmawiały już współpracy. Nieprzespana noc, godzinka drzemki gdzieś na podłodze lub schodach dały o sobie znać. Minuty uciekały, a my zdobyliśmy kolejne szczyty: Kończysty Wierch oraz Trzydniowiański Wierch. Wszystko szło według planu, nawet wyszło słońce! Tego dnia nie był jednak nam pisany spokój. Podczas zejścia do Doliny Chochołowskiej zauważyliśmy kolejną burzę na horyzoncie. Po chwili zaczął padać deszcz, który dał nam szansę przetestowania w akcji, zakupionych dzień wcześniej, płaszczy przeciwdeszczowych. W mojej opinii sprawdziły się świetnie i bezpiecznie dotarliśmy do Doliny. Dalej skupiliśmy się już tylko na dotarciu do samochodów.

Piękny dzień. Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, dotarliśmy do swoich domów. Chciałem zobaczyć chociaż jedną Kozicę w tym sezonie. Były dziś dla nas tak miłe, że mieliśmy okazję je spotkać m. in. w okolicy Starorobociańskiego Wierchu. Udało się zrealizować plan w 100%. Trasa okazała się piękna, a my chcemy więcej. Mam nadzieję, że będzie nam dane wrócić jak najszybciej. Na koniec udostępniam zapis naszej wycieczki. Do zobaczenia Tatry!

Galeria zdjęć