[Tatry] Męskie sprawy w Tatrach #2 - Giewont z Kopa na Kasprowy i Sarnia Skała po śnie zimowym


Życie ma szaloną prędkość. Ostatnio dzieje się u mnie tyle, że nie pamiętam kiedy nudziłem się chociaż 5minut. Czy za tym tęsknię? Powoli zaczynam, ale nie jest czas i miejsce na marudzenie. Pomimo ogromu zajęć postanowiłem podtrzymać tradycję i z ogromnym wsparciem moich nieustraszonych Kompanów udało się wcielić w życie drugą edycję Męskich Spraw w Tatrach.

Przebieg tego wydarzenia był bardzo podobny jak podczas pierwszej edycji. Skład identyczny. Ponownie wyjechaliśmy z Gliwic o 22:00, by ponownie koło 2:00 znaleźć się na miejscu. Życzę nam takim wyjazdów jeszcze kilkadziesiąt, pomimo tego, że są cholernie męczące. Sama podróż to seria mojego narzekania oraz odrobina śmiechu i prawie dobrej muzyki.
Samochód zaparkowaliśmy nieopodal Centralnego Ośrodka Sportu. Dlaczego tak? Bo wszystkie znane mi parkingi zmieniły regulamin i nie można na nich parkować przed 5:00. Smutne, ale prawdziwe. Naszym pierwszym celem był Giewont. Droga, która wybraliśmy to moja klasyka, czyli spacerek przez Halę Kondratową. W Tatrach zalega jeszcze w wielu miejscach śnieg, także nie ryzykowaliśmy i wybraliśmy sprawdzoną opcję.
Trzeba przyznać, że szło się bardzo przyjemnie. Pogoda w tym roku dopisała nam na 100%. Od samego początku było ciepło, słonecznie i zupełnie jak nie w Tatrach! Koło schroniska znaleźliśmy się po prostu błyskawicznie. Humory mieliśmy tak doskonałe, że nadchodzące wielkimi krokami podejście, w ogóle nie robiło na nas wrażenia. Skalne stopnie pokonaliśmy w mgnieniu oka i chwilę później jedliśmy śniadanko na przełęczy.
Droga na szczyt i późniejszy pobyt na nim wspominam bardzo miło. Słońce pięknie świeciło, a my mieliśmy sporą ilość sił na głupie teksty, które doskonale nas relaksowały. W takich okolicznościach łatwo zapomnieć o problemach, które zostały daaaaleko na nizinach. Jeżeli ktoś się zastanawia po co jechać w góry, to chyba właśnie po to.
Nasza dalsza droga prowadziła na Kopę Kondracką. Wejście jak zwykle wydawało się krótkie i jak zwykle zaskoczyło jak zima drogowców. Nie było jednak w tym nic złego bo widoki piękne, towarzystwo zacne i żarty coraz lepsze. Warto tutaj wspomnieć, że po prostu spotykaliśmy co chwilę Kozice. To one powodowały zacność towarzystwa :D !
Po osiągnięciu szczytu Kopy udaliśmy się klasycznie na odbicie obecności na Suchym Wierchu Kondrackim. Jak jestem w tamtej okolicy to nie mogę sobie go nigdy podarować. Na nim przyszedł czas na krótki odpoczynek i dosłownie 5minutową drzemkę.
Dalsza droga do Kasprowego Wierchu to spacer pięknym szlakiem, który miałem przyjemność pokonywać już drugi raz. Utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to jeden z ładniejszych odcinków, przy jednoczesnym niskim poziomie trudności. Nam ewidentnie brakowało lekko emocji, dlatego zdecydowaliśmy się na wejście na Goryczkową Czubę po jej trawiastym zboczu.
Dominik postanowił iść dalej, a ja z Pawłem szukaliśmy odpowiedniej drogi do wejścia jak najwyżej. Nawet nam się to udawało dość sprawnie i mogliśmy przez chwilę cieszyć oko widokiem z niedostępnego szlakiem szczytu.
Małe zaskoczenie polegało na tym, że jakieś dziwne, ciemne chmury zaczęły zbierać się nad Kasprowym Wierchem. Nie ukrywam, że trochę mnie to zmartwiło, bo wiedziałem, że do auta jest jeszcze kawał drogi, a my już byliśmy mocno zmęczeni drogą i nieprzespaną nocą. Wyjście z tej sytuacji było tylko jedno: przyspieszamy.
Na Kasprowym znaleźliśmy się w mgnieniu oka, a najfajniejsze info jest takie, że chmury w tym czasie się rozeszły. Dzięki temu mogliśmy tam spokojnie odpocząć i zejść w dół na pełnym luzie. Po drodze pomogliśmy jeszcze Turystom przy przekroczeniu sporego pola śniegu. Nie posiadali kijków, a bez nich było tam naprawdę ślisko.
Do auta dotarliśmy kompletnie zniszczeni. Dobre humory nas nie opuszczały, ale magiczne stwierdzenie z tytułu posta nadchodzi wielkimi krokami. O co chodzi ze snem zimowym? Po dotarciu do budynku, po zjedzeniu obiadu, były ambitne plany na posiadówkę. Chłopaki zrobili mi niesamowity prezent z okazji nadchodzącego ślubu, także była świetna okazja do kolejnych rozmów ale niestety. Z posiadówki nic nie wyszło, bo około godziny 17:00 (jak dobrze pamiętam) wszyscy zasnęliśmy i spaliśmy już do rana.
Następnego dnia wyskoczyliśmy jeszcze na Sarnią Skałę i mogliśmy udać się w kierunku Gliwic. Sarnia Skała to świetna opcja na przedwyjazdowy spacer, szkoda tylko, że trafiliśmy na jakiś niebotyczny wysyp turystów. No, ale nie ma co narzekać! Było świetnie!
Dzięki Chłopaki za drugą edycję tego wyjazdu! Już nie mogę się doczekać trzeciej!