Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

[Tatry] Tatrzańskie szaleństwo na Granacie i Kasprowym


Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć - taka niestety jest bolesna prawda. Nasz ostatni dzień w Tatrach był kompletnie inny, niż go sobie zaplanowaliśmy. Seria przeróżnych wydarzeń spowodowała, że pierwszy raz wyruszyłem pobiegać na tatrzańskich szlakach. Było grubo ;)

O tym, jakie były plany na ten dzień wspominać celowo nie będę. Po prostu kiedyś do tego wrócimy - na razie musi to poczekać i tyle. Podjechaliśmy wcześnie rano na parking na Brzeziny i ruszyliśmy czarnym szlakiem na Halę Gąsienicową. Z różnych względów po drodze zdecydowaliśmy, że dotrzemy do Murowańca i zobaczymy co dalej. Na miejscu zrobiliśmy dosłownie 5minut przerwy i poszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Byliśmy tam jakoś koło 9:00, więc ludzi jeszcze bardzo mało. Cisza, spokój - świetna sprawa :) Cudowne miejsce do wypoczynku, niestety tylko wcześnie rano.
To właśnie nad moim ulubionym stawem w Tatrach rozpoczęła się moja piękna przygoda. Zostawiłem plecak, przygotowałem się psychicznie i podjąłem wyzwanie zdobycia Zadniego Granatu na biegowo. To było grube szaleństwo z mojej strony, ale tak cudownie się bawiłem, że nie wiem, czy umiem to chociaż w 1% oddać tutaj w tekście. W każdym razie początek wokół stawu bardzo przyjemny i spokojny. Zabawa zaczęła się kawałek dalej, gdy rozpoczęło podejście, jeszcze niebieskim szlakiem, na Zawrat. Turyści byli na tyle uprzejmi, że przepuścili mnie w najgorszych momentach, bo widzieli, że jakiś wariat napiera do góry, ile fabryka dała. Pokonałem dość sprawnie wszystkie miejsca, gdzie wymagane było wspomaganie się rękoma i po chwili byłem już na zielonym szlaku prowadzącym prosto na szczyt. Na tym odcinku 95% czasu są schody do nieba, poukładane z rozsypanych po okolicy skał. Pozostała część to 2-3 czujne momenty, gdzie było ciut sypko + był jeden mały kominek. Na szczycie byłem po zaledwie 42minutach. Ten wynik kompletnie mnie zaskoczył, byłem z siebie mocno zadowolony. Po szybkim telefonie do Soni, że żyję, kilku fotach oraz przeglądzie okolicy, zabrałem się za zbieganie. Początkowo było to w sumie bardziej schodzenie, bo szlak był na tyle stromy, że bałem się o własne życie przy każdym szybkim kroku. Szaleć zacząłem nieco niżej, a na brzegu stawu, tam gdzie czekała na mnie Sonia, zameldowałem się po kolejnych 28minutach. Całość zajęła mi godzinkę i 10minut.

Jako, że mieliśmy jeszcze sporo czasu Sonia stwierdziła, że mogę lecieć jeszcze gdzieś skoro tak dobrze się bawię. Te 6km (+/- 620m) to było tego dnia za mało. Odpocząłem, zebrałem się w sobie i ruszyłem w kierunku Murowańca, a dalej żółtym szlakiem na Kasprowy Wierch. Szaleństwo na Granacie szybko wyszło, a z sił opadałem w tempie światła. Podejście zamieniło się w niesamowitą, nikomu niepotrzebną, walkę. Na szczycie tłum, więc tylko przybiłem z nim piątkę i poleciałem w kierunku Beskidu. Tam podobnie, szybka piątka i już biegłem na Liliowe. Na przełęczy postanowiłem, że już wystarczy i pobiegłem w dół. Po drodze ludzie krzyczeli do mnie "To tu się da zbiegać?!" - dało się! Była przepiękna zabawa, czułem się jak w raju. Zmęczony, cholernie zmęczony doturlałem się, po 10km i kolejnych ponad 600m w pionie, nad Czarny Staw Gąsienicowy, gdzie Sonia nadal na mnie cierpliwie czekała. Po tych wszystkich zabawach przyszedł czas na powrót. Zebraliśmy graty i poszliśmy do auta, które czekało na nas na Brzezinach. Wszystko fajnie, ale warto wspomnieć, ze droga z Brzezin pomimo tego, że jest najszybsza, to jednak jest okropna. Kamory, wszędzie kamory! Droga jest pseudo-utwardzona, aby mogły tamtędy śmigać samochody służb. Dla stopy turysty, zwłaszcza takiej dość zmęczonej, jest to po prostu koszmar.
Pożegnaliśmy się z Tatrami, przykro znowu opuszczać to cudowne miejsce. Mam nadzieję, że niebawem znowu będzie nam dane tam wrócić. Plany są, czekają na realizację. Pozdrawiamy!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)