[Tatry] Tatrzańskie szaleństwo na Granacie i Kasprowym


Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć - taka niestety jest bolesna prawda. Nasz ostatni dzień w Tatrach był kompletnie inny, niż go sobie zaplanowaliśmy. Seria przeróżnych wydarzeń spowodowała, że pierwszy raz wyruszyłem pobiegać na tatrzańskich szlakach. Było grubo ;)

O tym, jakie były plany na ten dzień wspominać celowo nie będę. Po prostu kiedyś do tego wrócimy - na razie musi to poczekać i tyle. Podjechaliśmy wcześnie rano na parking na Brzeziny i ruszyliśmy czarnym szlakiem na Halę Gąsienicową. Z różnych względów po drodze zdecydowaliśmy, że dotrzemy do Murowańca i zobaczymy co dalej. Na miejscu zrobiliśmy dosłownie 5minut przerwy i poszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Byliśmy tam jakoś koło 9:00, więc ludzi jeszcze bardzo mało. Cisza, spokój - świetna sprawa :) Cudowne miejsce do wypoczynku, niestety tylko wcześnie rano.
To właśnie nad moim ulubionym stawem w Tatrach rozpoczęła się moja piękna przygoda. Zostawiłem plecak, przygotowałem się psychicznie i podjąłem wyzwanie zdobycia Zadniego Granatu na biegowo. To było grube szaleństwo z mojej strony, ale tak cudownie się bawiłem, że nie wiem, czy umiem to chociaż w 1% oddać tutaj w tekście. W każdym razie początek wokół stawu bardzo przyjemny i spokojny. Zabawa zaczęła się kawałek dalej, gdy rozpoczęło podejście, jeszcze niebieskim szlakiem, na Zawrat. Turyści byli na tyle uprzejmi, że przepuścili mnie w najgorszych momentach, bo widzieli, że jakiś wariat napiera do góry, ile fabryka dała. Pokonałem dość sprawnie wszystkie miejsca, gdzie wymagane było wspomaganie się rękoma i po chwili byłem już na zielonym szlaku prowadzącym prosto na szczyt. Na tym odcinku 95% czasu są schody do nieba, poukładane z rozsypanych po okolicy skał. Pozostała część to 2-3 czujne momenty, gdzie było ciut sypko + był jeden mały kominek. Na szczycie byłem po zaledwie 42minutach. Ten wynik kompletnie mnie zaskoczył, byłem z siebie mocno zadowolony. Po szybkim telefonie do Soni, że żyję, kilku fotach oraz przeglądzie okolicy, zabrałem się za zbieganie. Początkowo było to w sumie bardziej schodzenie, bo szlak był na tyle stromy, że bałem się o własne życie przy każdym szybkim kroku. Szaleć zacząłem nieco niżej, a na brzegu stawu, tam gdzie czekała na mnie Sonia, zameldowałem się po kolejnych 28minutach. Całość zajęła mi godzinkę i 10minut.

Jako, że mieliśmy jeszcze sporo czasu Sonia stwierdziła, że mogę lecieć jeszcze gdzieś skoro tak dobrze się bawię. Te 6km (+/- 620m) to było tego dnia za mało. Odpocząłem, zebrałem się w sobie i ruszyłem w kierunku Murowańca, a dalej żółtym szlakiem na Kasprowy Wierch. Szaleństwo na Granacie szybko wyszło, a z sił opadałem w tempie światła. Podejście zamieniło się w niesamowitą, nikomu niepotrzebną, walkę. Na szczycie tłum, więc tylko przybiłem z nim piątkę i poleciałem w kierunku Beskidu. Tam podobnie, szybka piątka i już biegłem na Liliowe. Na przełęczy postanowiłem, że już wystarczy i pobiegłem w dół. Po drodze ludzie krzyczeli do mnie "To tu się da zbiegać?!" - dało się! Była przepiękna zabawa, czułem się jak w raju. Zmęczony, cholernie zmęczony doturlałem się, po 10km i kolejnych ponad 600m w pionie, nad Czarny Staw Gąsienicowy, gdzie Sonia nadal na mnie cierpliwie czekała. Po tych wszystkich zabawach przyszedł czas na powrót. Zebraliśmy graty i poszliśmy do auta, które czekało na nas na Brzezinach. Wszystko fajnie, ale warto wspomnieć, ze droga z Brzezin pomimo tego, że jest najszybsza, to jednak jest okropna. Kamory, wszędzie kamory! Droga jest pseudo-utwardzona, aby mogły tamtędy śmigać samochody służb. Dla stopy turysty, zwłaszcza takiej dość zmęczonej, jest to po prostu koszmar.
Pożegnaliśmy się z Tatrami, przykro znowu opuszczać to cudowne miejsce. Mam nadzieję, że niebawem znowu będzie nam dane tam wrócić. Plany są, czekają na realizację. Pozdrawiamy!