[Tatry] Czerwone Wierchy biegowo


Pomimo tego, że od Tatra Fest Biegu minęło zaledwnie kilkadziesiąt godzin nie umiałem usiedzieć w miejscu. Niedzielę spędziłem w spokoju, odpoczywają, ale poniedziałek to był już dzień pod znakiem aktywności. Korzystając z urlopu i dalszego pobytu w Kościelisku pobiegliśmy z Sonią na Czerwone Wierchy.

Z domu wybiegliśmy z samego rana. Pogoda była piękna, a my nieśmiało spoglądaliśmy w kierunku szczytów Małołączniaka, Krzesanicy i Ciemniaka, które były doskonale widoczne od samego początku naszej podróży. Jedynie moja ulubiona Kopa Kondracka gdzieś chwilowo się skrywała.
Naszym pierwszym celem naturalnie była Dolina Kościeliska. Jej początkowy fragment przebiegliśmy bardzo sprawnie mijając kilkunastu turystów - w tym młodą parę, która udawała się na zdjęcia. Dość szybko przystąpiliśmy do okropnie długiego, wyczerpującego podejścia na Ciemniaka. Liczący około 4.5km odcinek serwuje nam na dzień dobry 1000m przewyższenia. Po drodze zdobywamy szczyty Upłaziańskiego Wierszyka, Pieca, Chudej Turni oraz Twardej Kopy.
Sonia ten niesamowicie wymagający teren pokonuje w 2godz i 15min, warto tutaj zaznaczyć, że przeciętnemu turyście zajmuje to około 4 godziny. Ja starałem się w międzyczasie walczyć z podbiegami + w okolicy Chudej Turni pozwoliłem sobie na małe szaleństwo i polatałem chwilę po jej grzbiecie.
Same Czerwone Wierchy to już sama radość biegania. Podziwialiśmy przepiękne widoki, obserwowaliśmy chmury i robiliśmy kolejne fotki. Ja dodatkowo starałem się jak najszybciej wlatywać na kolejne szczyty z oddzielających je przełęczy. Na Krzesanicy i Małołączniaku udało mi się nawet wykręcić rekordy na Stravie. Na Kopie Kondrackiej zrobiliśmy sobie małą przerwę i zdecydowaliśmy, że czas uciekać w dół, w kierunku Hali Kondratowej, bo nad Tatrami Wysokimi powoli zaczynały zbierać się ciemne chmury. Po drodze pozwoliliśmy sobie jeszcze na szybką wizytę na szczycie Suchego Wierchu Kondrackiego.
Do Hali docieramy bardzo sprawnie i w doskonałych humorach. Za nami kilkanaście przepięknych kilometrów, spora dawka przewyższenia i kolejne niesamowite wspomnienia. Przed nami już niestety tylko szybki zbieg po kamieniach do Kuźnic. Tam sprawnie złapaliśmy busa do centrum Zakopanego i nasza wycieczka przeszła do historii.
Jak widać powoli odchodzimy od trekkingu po Tatrach. Jesteśmy coraz sprawniejsi w bieganiu, wiemy o sobie coraz więcej i zaczynamy sobie pozwalać na coraz śmielsze trasy. Mamy nadzieję, że w przyszłości będzie tego jeszcze więcej!

Pozdrawiamy!

Zapis naszej trasy ;)