[Tatry] 4 dni oblężenia


Aktywny urlop - taki po prostu uwielbiam. Moje ulubione miejsce na świecie? Oczywiście Tatry. Ostatnie 4dni dały mi znowu tyle radości, że mógłbym się dzielić nią na prawo i lewo. Działo się bardzo dużo, zmęczeni jesteśmy mocno, ale było warto. Skład ekipy: Sonia, Olga, Szymon i ja. Zaczynamy!

Dzień pierwszy - Murowana katastrofa

Forma naszych wypraw jest już sprawdzona, więc polecieliśmy według schematu. Wieczorem w środę (10.08) wyjechaliśmy do Zakopanego. Podróż, jak zawsze nocą, sprawnie. Na miejscu byliśmy koło 3:00, szybko odszukaliśmy miejsce naszego noclegu, gdzie zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy na szlak. Plan całej wyprawy był opracowany już od dawna, tego dnia mieliśmy się dostać do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Problemem była pogoda. Przed wyjazdem z Gliwic ostatnia wizyta na naszej pogodynce. Był zapowiadany deszcz na noc, później miało być już tylko lepiej. Ku naszemu zaskoczeniu w Zakopanym ok. Początek nie wskazywał żadnych problemów. Szybko jednak się okazało, że planu nie uda się zrealizować. Podczas podejścia do Hali Gąsienicowej troszkę się rozpadało. W mocnym deszczu docieramy do Murowańca. To był dopiero początek rozczarowań tego dnia.

W schronisku śniadanie i pierwszy rachunek sumienia. Nasze plany legły w gruzach. Mieliśmy uderzyć na Krzyżne, przespać się w Dolinie Pięciu Stawów i w piątek (11.08) atakować Rysy. Niestety, musieliśmy zrezygnować. Zorientowaliśmy się, czy dostaniemy nocleg w Zakopanym noc wcześniej i podjęliśmy dezycję o powrocie. Po krótkiej drzemce na ławkach ruszyliśmy smutni do 'domu'. Po drodze kolejne problemy. Olga walczyła z kolanem, droga przez Boczań skutecznie Jej w tym przeszkadzała. Po dotarciu do Kuźnic, po chwili namysłu, wsiedliśmy w busa i wylądowaliśmy pod naszą Chatą. Na miejscu drzemka, piwo, planowanie następnego dnia, bo pogoda miała się poprawić. Olga i Szymon odpuścili góry, w celu ratowania kolana. Sonia i ja postanowiliśmy wyruszyć na Skrajny Granat żółtym szlakiem.

Zdjęcia z dnia pierwszego:



Dzień drugi - Co trzy Granaty, to nie jeden

Budzik trąbił od 5:00. Wstałem, wyglądam za okno - jest pogoda! Pełni nadziei spakowaliśmy plecaki i ruszamy. Zaparkowaliśmy pod Kuźnicami i lecimy ponownie do Murowańca. Po drodze poznajemy Maćka z Częstochowy. Droga mija szybko, dużo rozmawiamy. Maciek leci tego dnia na Kościelec. W Murowańcu wspólne śniadanie, dalsze górskie historie i po chwili jesteśmy w drodze nad Czarny Staw Gąsienicowy. Pogoda świetna, widoki jeszcze lepsze. Nadal wymieniamy się doświadczeniami. Maciek opowiada nam wiele ciekawych historii, takie znajomosci są świetne. W międzyczasie nieśmiało spoglądamy w kierunku Granatów. Dotarcie na sam szczyt było w sferze naszych marzeń. Nad Czarnym Stawem przychodzi moment rozstania. Życzymy sobie powodzenia i osobno ruszamy dalej. Idziemy z Sonią pięknym brzegiem Stawu, nie jesteśmy jeszcze świadomi tego, co czeka nas dalej. Nagle zauważamy drogowskaz na Skrajny Granat...

Szlak od razu prowadzi ostro w górę. Pierwsze skały, pierwsze... oblodzenia! Niby jest środek lata, a my widzimy 'dzisiejszy' śnieg. Wkradają się pierwsze myśli zwątpienia, ale napieramy w górę. Każdy kolejny krok przybliża nas do celu. Im dalej, tym trudniej. Po zrobieniu kilku zdjęć przyszedł czas na schowanie aparatu - teren wymagał ciągłego używania rąk. Sprawnie wdrapywaliśmy się pod górę. Co jakiś czas informowaliśmy nasze Mamy o sytuacji. W pewnym momencie docieramy do fragmenty szlaku, który znajduje się na północnej ścianie Skrajnego Granatu. Niestety, miejsce to jest całkowicie pozbawione słońca i ... mocno oblodzone. Po ciężkiej walce ze strachem jakoś się przedzieramy. Poziom trudności szlaku stale rośnie, my przyłączamy się do grupy turystów i razem próbujemy wejść na szczyt. Później jest raz lepiej, raz gorzej. Miejscami można było się poczuć jak prawdziwy wspinacz. Wszędzie ślisko, ale bardzo uważamy. W końcu udało nam się osiągnąć upragniony szczyt. Widoki piękne, ale my jesteśmy nieco zaniepokojeni powrotem. Robimy szybki wywiad środowiskowy i podejmujemy odważną, ale słuszną, decyzję o przejściu wszystkich trzech Granatów i powrocie zielonym szlakiem, który nie jest tak oblodzony. W tym momencie stało się faktem to, że pokonamy swój pierwszy w życiu fragment Orlej Perci. Zabawa była przednia, pomimo strachu, daliśmy sobie świetnie radę. Otwarliśmy sobie tym przejściem wiele nowych dróg, nabraliśmy troszkę pewności siebie. Przejście Granatów to zdecydowanie najtrudniejsza rzecz, jaką udało nam się dotychczas zrobić w Tatrach, niezapomniane przeżycie. Super sprawa :)

Zdjęcia z dnia drugiego:



Dzień trzeci - Świnicka zasłona

Po powrocie z Granatów przyszedł czas na piwko i zorientowanie się w pogodzie na kolejny dzień. Olga nie narzekała na kolano, prognozy były okej, więc zapadła decyzja o próbie wejścia na Świnicę. Rano spakowaliśmy plecaki i jedziemy dalej z koksem. Zaczynamy kolejny raz w Kuźnic. Naszym pierwszy celem był Kasprowy Wierch. Prawie 3 godziny podejścia, z krótkimi przerwami i przyszedł czas na śniadanie. Na górze .. tłumy. Szybko coś zjedliśmy i stwierdziliśmy, że czas uciekać. Ruszamy w kierunku szczytu Beskid. Dalej już 'czysto'. Do tego momentu pogoda wspaniała. Na kolejnym przystanku spoglądamy na szczyt Świnicy i widzimy... chmury. Mówi się trudno i leci dalej. Im bliżej Świnickiej Przełęczy, tym bardziej nie mogę się doczekać. Szlak wyglądał perfekcyjnie! Wiedziałem, że będzie świetna zabawa. Po dotarciu na przełęcz, zaczynamy właściwe podejście. Początek genialny, wszyscy w doskonałej formie. Kolejne metry pokonujemy bardzo sprawnie. Prawdziwa zabawa zaczęła się na pierwszych łańcuchach.

Niestety kolejny raz jest bardzo ślisko. Zachowanie turystów też nie jest odpowiednie. Tworzą się kolejki, a ludzie chwytają zajmowane przez naszą ekipę łańcuchy. Niektórzy 'na kozaka' lecą obok nas. Dziewczyny mają małe problemy. Pierwsze chwile strachu za nami. Lecimy dalej, jesteśmy już blisko szczytu. Pogoda coraz gorsza, chmur przybywa, a my jesteśmy coraz bliżej. Przed samym szczytem kolejny zator. Ogromna kolejka, sporo osób chętnych do opuszczenia szczytu. Cierpliwie czekamy, w pewnym momencie podjąłem decyzję o wejściu obok szlaku. Reszta naszego składu leci za mną. Droga okazuje się osiągalna. Wspinamy się na kolejne skały. Trening na Granatach nie poszedł na marne i po chwili jesteśmy na samym szczycie Świnicy! Marzenie Olgi zrealizowane. Już rok temu powiedziała, że musi wejść na Świnicę. Kolano Jej na to pozwoliło. Szlak od Świnickiej Przełęczy jest świetny, spora dawka adrenaliny, dużo skał, fajna zabawa. Niestety, spora ilość chmur, pozbawiła nas wszelkich widoków, mamy pretekst żeby wrócić raz jeszcze.

Zdjęcia z dnia trzeciego:



Dzień czwarty - Gęsia Szyja(skórka?)

Nastał czas powrotu. Zmęczeni, ale szczęsliwi, zaplanowaliśmy łatwą trasę na Gęsią Szyję. Wstałem, wyjątkowo, pierwszy i swoim zachowaniem obudziłem resztę składu. Przed wyjściem na szlak, pakowanie i jedziemy. Na miejscu ma-sa-kra. Tłumy turystów. Niestety tych niedzielnych. Całą drogę słyszeliśmy bardzo ciekawe wypowiedzi, może kiedyś je nawet opublikujemy. Nie będę się tutaj rozpisywać, po prostu szybko dotarliśmy do celu podróży. Po drodze była przerwa na śniadanko oraz wnioski. Postanowiłem, że będę zdobywać 'niskie' szczyty Tatrzańskie tylko poza sezonem. W sierpniu nie ma to najmniejszego sensu. Przyjemność żadna, a straconych nerwów sporo. Gęsia Szyja śliczna. Widoki są pięknie, ale cały efekt psują ludzie. Olga i Szymon byli świadkami zerwania grzyba na trasie, przez pewnego turystę, 'bo kto mu zabroni'. Mam nadzieję, że moda na góry kiedyś upadnie - to jedyny wniosek z ostatniego dnia podróży. Każdy 'świadomy' turysta wie, o co mi teraz chodzi.




Czas na małe podsumowanie:
Wyjazd genialny. Może nie udało się zrealizować zakładanego planu, ale to chyba nawet lepiej. Dzięki złej pogodzie w czwartek, udało mi się zdobyć Granaty. Wspomnienia z tego przejścia do teraz siedzą mi w głowie. Było pięknie! Twierdzę, że to były bardzo intensywne cztery dni. Potwierdzają to chyba nawet statystyki:
Łącznie chodziliśmy: 29godzin 8minut
Przebyliśmy: 72,69km
Suma podejść: 4598m

Udało się zdobyć kilka nowych szczytów, znowu jestem bliżej realizacji mojego celu. Mam nadzieję, że zawitamy w Tatrach kolejny raz w najbliższym czasie. Dziękuję za poświęcony czas. Jeżeli post się podobał, proszę o pozostawienie komentarza. Będzie mi miło wiedzieć, że prowadzenie tej strony ma jakiś sens. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na szlaku!

Na koniec wrzucam zapis naszych tras: