Tatra SkyMarathon


Start w kolejnym biegu po Tatrach, to kolejne spełnienie moich marzeń. Znowu życie pozwoliło mi przenieść się do magicznej biegowej krainy na kilka dni. Znowu żyłem bieganiem. Przeżyłem przygodę, a słowo przeżyłem jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Kosztowało mnie to wszystko o wiele więcej, niż przed startem mogłem się spodziewać. Tatry mnie zweryfikowały. Brutalnie.

Wejście

Sonia nie mogła jechać ze mną Kościeliska, więc tym razem moją obstawą byli Olga i Szymon. Zebrałem Ich z Bierunia około 07:00 w piątek, a chwilę po 10:00 byliśmy już na zakupach nieopodal naszego noclegu.
Całą swoją weekendową przygodę zacząłem od krótkiego rozruchu na Butorowy Wierch oraz Gubałówkę. Biegnąc pomiędzy setkami ludzi myślałem tylko i wyłącznie o tym, co mnie jutro czeka. Start w biegu rangi Mistrzostw Polski po piekielnie trudnej trasie, która nie wybacza najmniejszych błędów. Jedyne co mogło mnie odciągnąć od tej myśli, to telefon od Soni. A gadaliśmy w sumie dość sporo, jakoś tak dziwnie się czułem będąc tam na miejscu sam.
Po powrocie dostałem swój pokój, oczywiście numer 2! Czuję się tam jak w domu, więc bardzo się cieszyłem. Taka osłoda tych samotnych chwil. Po prysznicu poszedłem spacerem po pakiet startowy. Na miejscu nie spotkałem nikogo znajomego, więc była to bardzo szybka akcja. 30min i jestem znowu w pokoju. Warto tutaj jednak zanotować, że pierwszy raz pobiegnę z GPSem. 50 najlepszych osób je dostało - ale fajnie!
Dalsza część dnia to pizza, a później oglądanie odprawy i prezentacji elity... online! Niestety online. Pandemia koronawirusa zabrała nam tak fajne momenty, a szkoda. Lubię odprawy, zawsze czuć na nich taki dodatkowy dreszczyk emocji.
Usnąłem dość szybko, a rano... rano wypiłem kawę i poszedłem na start. W strefie startu nie było jeszcze zbyt wielu zawodników. Miałem jakieś 45min na przemyślenie swojego żywota. Włączyłem GPSa, ostatnia wymiana wiadomości z Sonią, modlitwa z księdzem, przywitanie się ze znajomymi i ruszamy.
Już od samego początku wiedziałem, że coś jest nie tak. Krótki, asfaltowy odcinek biegłem mega ociężale. Na wbiegu do lasu byłem kompletnie bez sił. Czołówka ostro napierała, a ja postanowiłem lekko zwolnić. Liczyłem, że zaraz uda mi się rozkręcić.
Całe podejście w kierunku Wyżniej Przełęczy Kondrackiej finalnie wcale nie wyszło mi tak tragicznie. Do szczytu Kopy Kondrackiej poleciałem całkiem dobrze i byłem tam jako 10ty zawodnik. W tym momencie ktoś mógłby powiedzieć, że pewnie zatem spaliłem ten bieg. Raczej niestety nie. Tak wysoka lokata dosłownie przygniotła mnie i od tamtego momentu biegło mi się mega źle. Na zbiegu w kierunku Hali Ornak musiałem odpocząć, lekko odpuściłem i straciłem tam kilka pozycji. Tak długie zbieganie ogłusza mnie, mam świadomość, że nadal jestem w tym za słaby.
Ostatnim fragmentem wejścia w ten bieg, był pierwszy punkt odżywczy. Uzupełniłem tam płyny, najadłem się, przywitałem z paroma osobami i poleciałem dalej. A dalej... tam był grubo.

Zejście

Wchodzimy w akt drugi tej batalii. Nazwałem go zejściem, a paradoksalnie rozpoczął się od wejścia na Ornak. Szedłem tam jak cień. Straciłem kolejne pozycje, wyprzedziły mnie pierwsze kobiety, pod czaszką był ogień, a w nogach kompletny brak paliwa.
Miałem wrażenie, że stoję w miejscu, a mimo wszystko jakoś starałem się posuwać do przodu. Wokół mnie zgromadziła się mała grupka innych biegaczy i tak razem tułaliśmy się do przodu, pewnie gdzieś podświadomie nawazajem się motywując.
Na grani nieco odżyłem. To był moment, ale bardzo przyjemny. Miałem piękne widoki, po prawej stronie widziałem w oddali Starorobiciański Wierch delikatnie przykryty chmurami. Obawiałem się burz, ale ten widok już mnie uspokoił. Skoro te chmury są praktycznie obok mnie, a nic złego się nie dzieje, to już raczej powinno być spokojnie.
Mijają kolejne minuty i nagle w oddali widzę Adama. Siedzi obok szlaku i jest gotowy zrobić mi foty. Odżyłem ponownie. Biegniemy chwilę razem, zamieniamy kilka słów. Ja głównie się żalę. W sumie co mam innego robić skoro z pełną świadomością zdaję sobie sprawę, że kładę bieg, na którym mi mocno zależało.
W międzyczasie spotykamy Piotrów Biernawskiego i Huziora. Ich widok dodaje mocy, w końcu to świetni biegacze. Czas leci, Adam kręci mi kilka filmików. Cieszę się, bo będzie chociaż jakaś pamiątka. Zaczynamy ścianę płaczu, czyt. podejście finałowe na Starorobociański Wierch. Nachylenie jest kosmiczne.
Ten fragment o dziwo wspominam naprawdę dobrze. Im wyżej tym lepiej, nabierałem sił. Chwilę później zbiegałem już ze szczytu w kierunku gęstych chmur. Miałem moment mocy. Zbiegałem niemrawo, ale jak na ten dzień to całkiem nieźle. Udało mi się finalnie nawet wyprzedzić Dominikę Stelmach i jednego z biegaczy. Cóż z tego skoro chwilę później znowu mi uciekli.
Prawda jest taka, że cały ostatni fragment biegu przespałem. Byłem mega wkurzony, jednocześnie słaby, ale wcale nie byłem zaskoczony. Spodziewałem się tego od dawna i trudno, trzeba przełknąć smak porażki i dotrzeć do mety. Bez stylu i honoru. Czułem się jak zdeptany robak. Nie lubię takiego siebie.
Udało mi się na chwilę złapać zasięg i zadzwonić do Soni. Trochę się ogarnąłem podczas rozmowy i lekko przyspieszyłem. Nie dało mi to nic, oprócz skrócenia czasu cierpienia. Do mety dobiegam na 19 pozycji OPEN, jako 17ty Polak. Przybity, podłamany, niepocieszony biegnę ostatnie 2 honorowe kilometry do mety już bez pomiaru czasu.

Podsumowanie, wnioski, wszystkie żale

Na mecie wita mnie Olga i Szymon. Nie spodziewałem się Ich, więc było mi bardzo miło. Po odebraniu medalu usiadłem na trawie i przez jakiś czas po prostu tak siedziałem. Byłem mało przytomny, zły i rozczarowany. Przez pierwsze chwile średnio chciało mi się gadać.
Po chwili zebrałem się w sobie. Ucieszyłem się z wieści o tym, że znajomy Bartosz został Wicemistrzem Polski. Należało Mu się za świetną pracę którą wykonał. Udało mi się osobiście pogratulować, a później zmyłem się do domu.
Tam rozdzwoniły się telefony. Pogadałem z najbliższymi, przeanalizowałem sytuację, zabrałem sporo gratulacji i miłych słów. Za wszystkie serdecznie dziękuję. To strasznie podnosi na duchu, pomimo tego, że wiem, że mogłem zawalczyć o więcej.
Wniosków z tego biegu mam bardzo dużo:
  • - trzeba zacząć robić treningi mocnego zbiegania
  • - trzeba naprawdę zacząć mieszać bieganie po płaskim, z tym po górach
  • - żeby biegać szybko w Tatrach, trzeba trenować w Tatrach (albo chociaż w trudnym technicznie terenie)
  • - muszę wprowadzić kilka poprawek w swoim nadownieniu, chyba byłem nadal za słabo nawodniony
  • - brakuje mi jednostek bardziej płaskich, a ciut szybszych

Mam nadzieję, że wezmę sobie to wszystko od serca. Następnym razem wrócę silniejszy. Ostatnim przemysleniem jest fakt, że na pewno dystans był dla mnie za długi. No ale to jest żadna wymówka, był czas lepiej się przygotować.
Zdaję sobie sprawę, że ten post nie brzmi optymistycznie. Może wydawać się to dziwne, bo założenie z byciem w top25 udało mi się zrealizować. Prawda jest jednak taka, że dało się być wyżej, a ja zawsze chcę być najwyżej jak potrafię. Odkuję się i co do tego nie mam wątpliwości. Zakończyłem ten, mimo wszystko, piękny weekend spacerem i obiecuję wrócić silniejszym.
Dziękuję za wiarę, za wsparcie, dobre słowo. Dziękuję Soni za wszystko. W życiu są ważniejsze rzeczy niż bieganie, ale i tak chcę osiągnąć tutaj coś więcej. I osiągnę. Do następnego!