[Tatry] Tatra Fest Bieg!


Ukończenie jakiegoś wymagającego biegu w Tatrach było od kilku lat jednym z moich największych marzeń biegowych. Tatra Fest Bieg miał być moją pierwszą szansą na spełnienie tego celu. Dzień po biegu czuję się rewelacyjnie, wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych i zapraszam do krótkiej relacji z mojej najpiękniejszej przygody biegowej.

Krótki wstęp do zabawy

Wszystko zaczęło się w piątek wieczorem, kiedy dotarliśmy do biura zawodów po pakiet startowy. O 20:00 odbyła się odprawa, na której została omówiona dokładnie trasa zawodów oraz inne interesujące biegaczy sprawy jak np. limity, czy wyposażenie punktów żywieniowych.
Start biegu miał miejsce na polanie Biały Potok o godzinie 5:00 w sobotę. Na miejscu musieliśmy się stawić jednak wcześniej, bo przed wejściem do strefy startu czekała nas kontrola sprzętu obowiązkowego. Lista rzeczy, które musieliśmy mieć przy sobie podczas trwania zawodów była wyjątkowo długa - już to przypominało mi, że przyjdzie mi walczyć w trudnym terenie.

Czerwone Wierchy

Bieg rozpoczęliśmy w Dolinie Lejowej. Nigdy wcześniej tam nie byłem, więc dużo czasu poświęcałem na podziwianie otoczenia. Czas leciał bardzo szybko - to mnie cieszyło, bo nie mogłem się juz doczekać pierwszych kroków po grani. Pomimo tego biegłem bardzo spokojnie. Stwierdziłem, że tutaj łatwo się spalić i postanowiłem, że ten pierwszy tatrzański bieg potraktuję jako zdobywanie doświadczenia.
Pierwsze ostre podejście w kierunku szczytu Kopa Kondrackiej sprawiło mi wiele frajdy. Tym razem postanowiłem wystartować z kijkami i dzięki nim podchodziło mi się rewelacyjnie. Podziwiałem widoki, nie odczuwałem zmęczenia i z każdym krokiem miałem coraz większy uśmiech na twarzy. Na szczycie zaczęła się bajka. Najpierw szybka fota zrobiona przez Jacka Denekę, a później lecimy z tematem. Zbieg z Kopy zajął mi dosłownie chwilę i już podchodziłem w kierunku Małołączniaka. Droga ze szczytu Kopy na drugi szczyt Czerwonych Wierchów zajęła mi tylko 12min, a kompletnie się nie spieszyłem. Później było jeszcze szybciej i nawet nie wiedziałem kiedy, a już skręcałem w lewo na przełęczy pod Chudą Turnią, w kierunku Doliny Tomanowej. Na końcu tej doliny czekał na nas pierwszy bufet. Miał on miejsce przy schronisku na Hali Ornak. Tam czekała na mnie ogromna niespodzianka - Sonia postanowiła zrobić sobie trening, a przy okazji poczekać na mnie w tamtym miejscu. Fajnie dostać takiego kopa motywacyjnego. Po szybkim uzupełnieniu płynów i zamienieniu kilku słów, udałem się w dalszą podróż w kierunku Ornaku.

Ornak - Wołowiec

Od Soni dowiedziałem się, że zajmuję obecnie około 20 lokatę. Byłem zaskoczony, bo zakładałem, że jestem jednak te 10 pozycji niżej. Na drugi odcinek wybiegłem w doskonałym humorze. Za mną 22km świetnej zabawy.
Przed biegiem zakładałem, że podejście na Ornak będzie najtrudniejszym momentem trasy. Zmęczenie było już odczuwalne, czekała nas ostra wspinaczka, a później po chwili przerwy od razu kolejna ściana, czyli Starorobociański Wierch. Pomimo tego postanowiłem zrobić to podejście nieco mocniej. Zwłaszcza odcinek do Iwaniackiej Przełęczy wyszedł mi dość fajnie.
Po osiągnięciu szczytu Ornaku rozpoczęła się kolejna faza mojego szczęścia. Bieg w tamtym terenie to było coś wspaniałego. Kompletnie zapomniałem o całym świecie i po prostu skupiłem się na pięknych widokach. Czas leciał bardzo szybko, sprawnie pokonałem kolejne podejścia na Starorobociański Wierch, Kończysty Wierch, Jarząbczy Wierch i nagle znalazłem się w najbardziej czujnym miejscu całej trasy, w okolicy szczytu Łopaty. Organizatorzy zostawali tam dla nas linę poręczową, która okazała się bardzo pomocna. Dzięki niej można było bez obaw pokonać najtrudniejsze miejsce. Dalej czekało mnie podejście na ostatni dwutysięcznik - Wołowiec. Na nim złapał mnie pierwszy kryzys tego dnia, dziś tłumaczę sobie to w ten sposób, że po prostu było mi już żal, że zaraz trzeba będzie zacząć zbiegać w dół i opuszczać powoli góry.

W drodze do mety

Na zbiegu z Wołowca dość dobrze się rozpędziłem i na jakiś czas wskoczyłem nawet na 10te miejsce. Wszystko jednak skończyło się na drodze przez Dolinę Chochołowską, a konkretnie na ostatnim podejściu tego dnia. Tam złapał mnie potworny kryzys, który kosztował mnie kilka miejsc. Ostatnie kilometry po Drodze pod Reglami pokonałem w towarzystwie dwóch biegaczy, z którymi razem wbiegliśmy na metę, osiągając miejsca 14-16. Mój czas to 8godzin 55minut 8sekund.

Podsumowanie

Na mecie czekała na mnie Sonia, która tego dnia kolejny raz była niesamowitym wsparciem. Dostarczyła mnie rano na start, podbiegła na pierwszy punkt kontrolny, a na koniec odebrała mnie z Parku Miejsciego w Zakopanym. Dziękuję!
O samym biegu nie wiem co mógłbym napisac. Dla mnie było to spełnienie dużego marzenia. Ostatnie 3lata trenowałem po to, aby być odpowiednio przygotowanym do ukończenia tak trudnego wyzwania. Czas, który osiągnąłem jest dla mnie rewelacyjny - bieganie po Tatrach to zupełnie inna bajka i jeszcze muszę się tego nauczyć. Resztę emocji zachowam dla siebie. Jedno jest pewne - na pewno jeszcze tutaj wrócę: po więcej przygód, więcej widoków, więcej pięknych chwil i... po lepszy czas i miejsce!

Zapis mojego biegu!

Galeria zdjęć