Salamandra Ultra Trail 2019 - cichy morderca


Pierwszy start w nowym sezonie okazał się bardzo trudny do ocenienia. Wiele rzeczy się udało, ale wiele można było zrobić dużo lepiej. Po tych kilkudziesięciu godzinach chłodnej analizy czuję lekki niedosyt, może uda mi się to przekuć w większe skupienie na treningach w dalszej części roku?

Odpowiedzi na powyższe pytanie oczywiście nie jestem w stanie udzielić w tym momencie. Mogę natomiast podzielić się moimi wrażeniami z Salamandry, która rok w rok idealnie mnie punktuje. Ta trasa pokazuje wszystkie moje braki, a gdy wydaje mi się, że w końcu jestem gotowy żeby przebiec ją dość dobrze... to ona znowu znajduje coś nowego!
W tym roku było podobnie. Przygotowania rozpisałem sobie dawno temu, wydawało mi się, że tym razem wszystko pójdzie po mojej myśli. Nic bardziej mylnego! Salamandra znowu mnie zaskoczyła, w dodatku tym razem zrobiła to bardzo podstępnie.
Początek biegu na pewno mogę zaliczyć do bardzo udanych. Trzymałem się swojego planu, nie dałem się wciągnąć w szybsze tempo i spokojnie realizowałem swój plan. Pierwsze 10km biegłem na około ósmej pozycji, która w tamtym momencie bardzo mnie zadowalała. Spokojnie obserwowałem rywali i widziałem, że wielu z nich jest do tego biegu bardzo dobrze przygotowanych. Wiedziałem, że walka o top5 będzie bardzo zacięta. Dla wyjaśnienia: top5 to był mój plan minimum.
Fajne bieganie zaczęło się mniej więcej od szczytu Ostrego. Tam okazało się, że prowadząca dwójka lekko zgubiła trasę i siły mocno się wyrównały. Nagle znalazłem się na mocnej czwartej pozycji i miałem fajny wgląd na całą rywalizację. Taki stan rzeczy utrzymał się do pierwszego punktu kontrolnego.
Na punkcie zostałem bardzo miło powitany przez Tatę Szymona, Obu serdecznie pozdrawiam! Ta bardzo przyjemna sytuacja mocno naładowała mi baterie. Z punktu wybiegłem w doskonałym nastroju, a przed nami było dość potężne podejście na Małą Czantorię. Jak wiadomo, to moje ulubione miejsca na każdej trasie, więc szybko udało mi się awansować na drugie miejsce. Do samego szczytu czułem się rewelacyjnie, więc biegłem swoje trzymając pozycję. Mój piękny sen nie trwał jednak zbyt długo, bo wiedziałem, że kiepsko zbiegam i, że za Soszowem będzie problem.
Tak też się stało - spadam od razu na czwarte miejsce. Na podejściu na Jawornik jeszcze walczę i na chwilę wskakuję na trzecią pozycję. Później było już tylko gorzej... ciszej... słabiej.
Tytuł cichy morderca nadałem tej opowieści z powodu odcinka przed podejściem na Czantorię Wielką. Niby czułem się tam dobrze, niby cały czas biegłem, niby się nie zatrzymywałem, a jednak coś było nie tak! Nagle, bez najmniejszej zapowiedzi, straciłem kontakt z trzecim zawodnikiem. Do punktu kontrolnego na Polanie dotarłem lekko zamroczony, a podejście wypiło ze mnie resztki życia. Poruszałem się jak mucha w smole w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet wykonałem telefon do Soni mówiąc Jej, że świetnie się czuję. Pierwszy raz przechodziłem taki cichy, ukryty kryzys!
Od szczytu Czantorii starałem się biec, nawet wydawało mi się, że idzie mi to całkiem nieźle. Rzeczywistość była jednak taka, że tylko truchtałem. Pomimo tego, że ostatnie dwie przeszkody, w tym kamieniołom, pokonałem naprawdę sprawnie, to tempo było tam po prostu słabe. Nie umiem tego niestety inaczej nazwać - coś poszło bardzo nie tak!
Przed biegiem wiedziałem, że muszę pracować nad tymi biegowymi odcinkami, ale udało mi się poprawić je niestety tylko do takiego stanu, że po prostu biegnę, ale nie ma z tego większych korzyści. A może tylko ta trasa mnie tak wypiła?! Na to pytanie jeszcze nie znam odpowiedzi.
Efekt całego biegu jest taki, że na metę dotarłem na czwartej pozycji w czasie 5godzin, 15minut i 7sekund. Czas lepszy niż przed rokiem o ponad dziesięć minut. Jak dodamy do tego, że w tym roku trasa była nieco dłuższa, to można uznać, że jest przyzwoicie. To chyba całkiem dobre słowo żeby ocenić mój sobotni występ.
Resztę przemyśleń zostawię dla siebie. Muszę na pewno wyciągnąć odpowiednie wnioski, wprowadzić poprawki w życie i odzyskać zapał do trenowania, bo trochę zgasł. Salamandrę jeszcze kiedyś rozpracuję - obiecuję to sobie co roku.

Podsumowując: z biegu jestem zadowolony, ale mam świadomość, że mogłem to zrobić lepiej. Będę się starać, aby tak się stało w następnych startach w tym roku - ma być moc! Cieszę się bardzo, że mogłem znowu spotkać tyle znajomych twarzy, super, że Beskidzka 160 daje nam tę możliwość. W tym miejscu ogromne podziękowania dla Organizatorów, jak zawsze kawał dobrej roboty!

Na koniec ogromne podziękowania dla Soni, która wspierała mnie przez cały okres przygotowań, a w dniu startu dostarczyła na miejsce i po wszystkim odwiozła do domu. Przy okazji zrobię tutaj trochę prywaty, bo w dniu zawodów była także Soni trzydziestka, więc chciałbym tutaj umieścić ogromne WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! - tak na pamiątkę :)

Wrzucam jeszcze linkt do mojej aktywności na Stravie. Jakby ktoś był ciekawy jak to wyglądało :)