Skiturowo po raz pierwszy!


O skiturach marzyłem po cichu od dobrych trzech lat. Jakiś czas temu obiecałem sobie, że w tym roku na pewno spróbuję tego sportu, bo w końcu przed rokiem udało mi się ciut odkurzyć swoje narty zjazdowe. Po pierwszym wypadzie czuję ogromny niedosyt, dlatego liczę na jakąś powtórkę.

Na pierwszy raz wybraliśmy Czantorię. Czuję do tej góry ogromny sentyment, a nieopodal dolnej stacji kolejki znaleźliśmy wypożyczalnię, która bardzo nam pasowała. Nie pozostało nic innego jak dostać się na miejsce i spróbować.
Początki były dość zabawne. W samej wypożyczalni dostaliśmy krótką instrukcję co i jak, a później wzięliśmy narty w ręcę i ruszyliśmy w drogę. Już samo wybieranie miejsca startu było trudne. Ambitnie chciałem od razu podejść stromą skarpę, ale ostatecznie grzecznie posłuchałem Soni i sprzęt po prostu tam... wniosłem.
Dalej nie było już litości. Wpięliśmy się w wiązania i powoli zaczęliśmy posuwać się do przodu. Im dalej tym sprawniej, a może po prostu przyzwyczajałem się mojego koślawego kroku? Tego nie wiem, ale ubaw miałem ogromny.
Podchodziliśmy do góry końcówką pętli Piekła Czantorii. Początkowo niestety troszkę wbrew prawu, czyli wzdłuż stoku, a później odbiliśmy w las. Właśnie w tym lesie odbyła się nasza walka z naturą. Kto biegłe Piekło, ten wie, że ostatnie podejście na pętli daje w kość. Dorzucenie do tego ton śniegu, który bez nart sięgał nam prawie do pasa, no i właśnie tym dwóch desek na nogach, robiło z całej sytuacji tragikomedię. Dzielnie jednak walczyliśmy i jakoś udało nam się dostać pod górną stację kolejki.
Tam czekała na nas super skiturowa nagroda, czyli zjazd. Był on super przyjemny, chociaż początkowo bardzo stromy. Później było już jednak odrobinę łatwiej i nawet udało mi się wykręcić niezłą prędkość, bo aż 45km/h. Z wielkimi uśmiechami na twarzy dotarliśmy na miejsce startu.
To było trudne, męczące i bardzo pouczające 6km. Zawsze myślałem, że jest to odrobinę łatwiejsze, ale po pierwsze na obrazku wszystko wygląda prosto, po drugie warunki poza szlakiem w lesie są kosmicznie ciężkie, a po trzecie sama trasa do łatwych nie należała. Myślę, że o wiele lepszym pomysłem było po prostu wyjechanie kolejką do góry i rozpoczęcie wszstkiego w łatwiejszym terenie (co oczywiście Sonia proponowała, ale jak zwykle myślałem, że wiem lepiej).
Fakty są takie, że podrażniłem swoją ciekawość i jak warunki odrobinę się poprawią to uderzam raz jeszcze. Polecam!