Silesia Race w Węgierskiej Górce


Rajdy przygodowe to coś, o czym usłyszałem na początku swojej przygody z bieganiem. Były wtedy dla mnie jak coś kompletnie magicznego, coś nieosiągalnego. Zabawa w sport nauczyła mnie jednak, że rzeczy nieosiągalne nie istnieją, a z życia trzeba brać pełnymi garściami. Jeżeli można przy okazji ciekawie spędzić czas z przyjaciółmi, to mamy definicję prawie idealnego weekendu.

O Silesia Race przeczytałem artykuł na napieraj.pl. Trasa OPEN, licząca w sumie około 75km, wydawała mi się świetną opcją na rozpoczęcie zabawy z nowym sportem. Sonia podeszła do tematu o wiele ostrożniej, dlatego wysłałem pytanie z propozycją do Dominika, który długo się nie zastanawiał.
W ten oto piękny sposób w piątek 27go września zameldowałem się w Węgierskiej Górce. Organizator oferował w pakiecie nocleg na sali gimnastycznej, z którego postanowiliśmy skorzystać. Stwierdziliśmy, że w ten sposób poczujemy klimat tej imprezy w 100%. Szybko okazało się, że było to strzał w 10!
Mój pobyt rozpocząłem od krótkiego rozruchu. Później dojechał do mnie Dominik i szybko zajęliśmy sobie fajne miejsce do spania. Później były zakupy, przygotowania i godziny rozmów. Z czasem pojawił się także stres, bo powoli docierało do nas, że jutro musimy pokonać ~10km biegiem, ~60km rowerem i ~3km kajakiem, w dodatku z mapą w ręku!
Noc przebiegła bardzo spokojnie. Na sali panowała atmosfera zawodów, więc nie było problemów ze spaniem. Rano mieliśmy chwilę na kawę, toaletę, zakupy, a później trzeba było się już zacząć pakować. O godzine 9:05 mieliśmy odprawę, na której dostaliśmy mapki rowerowe. Byłem początkowo lekko przerażony, ale później jakoś się z tym oswoiłem. Wiedziałem, że nie będzie źle - w końcu kiedyś kochałem mapy ;) !
Start był zaplanowany na 9:30. Przed nim zaliczyłem fajną wtopę. Podczas rozdawania map biegowych mieliśmy ich nie oglądać i wszystkie były poukładane na ziemii. Ja swoją otrzymałem od małej dziewczynki prosto do rąk, po prostu w tym całym zamieszaniu nie ogarnąłem sytuacji i niestety co nieco widziałem przed startem. Całe szczęscie niewiele mi to pomogło, bo to pierwszy kontakt z mapą na zawodach, więc i tak nie mogłem wykorzystać tej chwili niewiedzy w żaden mądry sposób.
Po starcie polecieliśmy od razu w kierunku torów, bo były one łatwe do znalezienia i w terenie i na mapie. Dzięki temu pierwszy punkt mieliśmy błyskawicznie. Łącznie punktow do zebrania było 6. W sumie z żadnym nie mieliśmy większych problemów i cały etap biegowy pokonaliśmy w 35min. Szybko przekonałem się, że mapa do mój żywioł.
Po tej rozgrzewce przyszedł czas na około 40ty kilometrowy etap rowerowy, w dodatku po górach! Już na samym jego początku lekko się pogubiliśmy i zwiedziliśmy jakiś ciekawy teren. Szybko jednak się odnaleźliśmy i dołączyliśmy do grupy zawodników pchających swoje rowery pod całkiem konkretny stok narciarski.
Po osiagnięciu jego szczytu udało nam się odnaleźć pierwszy punkt rowerowy. Był to dla nas pierwszy spory sukces tego dnia, bo bałem się tej trasy. Wiedziałem, że trzeba dobrze zacząć, a później jakoś pójdzie. Do drugiego punktu była dłuuuga droga. Trochę jechaliśmy, trochę pchaliśmy, ale nie było ani chwili nudno! Widoczki mieliśmy przepiękne i śmigaliśmy już w okolicy 900m n.p.m. Nasze rowery jakoś dawały radę także była fajna zabawa. Drugi punkt był zlokalizowany nieopodal naprawdę ładnej skały. Żeby go jednak odnaleźć musieliśmy się poprzedzierać przez niezłe krzaczory.
Droga do trzeciego i czwartego punktu miała być trudna. Na odprawie usłyszeliśmy, że będziemy się wtedy poruszać po najwyżej położonych punktach trasy, a dalej czeka nas już wyjazd z gór. Zależało nam żeby dość sprawnie to pokonać i móc cieszyć się szybszą jazdą po bardziej płaskim terenie.
Muszę przyznać, że plan udało się zrealizować w 100% i Dominik raczej tutaj się ze mną zgodzi. Oba punkty poszły mega sprawnie, bez żadnych problemów nawigacyjnych i nawet sporo tymi rowerami podjechaliśmy! Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak tam, gdzie kompletnie się jej nie spodziewaliśmy. Zjazd miał być prosty, przynajmniej tak go sobie wyobrażaliśmy, a jednak niebieski szlak okazał się morderczy.
Mega wąska ścieżka, mnóstwo krzaczorów, które raniły nasze nogi, a w dodatku miejscami bardzo stromo. Efekt? Większość drogi sprowadzaliśmy nasze bolidy, zamiast na nich jechać. Pocieszał mnie jedynie fakt, że pozostali zawodnicy, których tam widzieliśmy, robili tak samo jak my.
Następny punkt był na tzw. Beskidzkiej Golgocie. Poszedł szybko i przyjemnie. Wtedy zaczęła się jazda po okolicznych miejscowościach. Tempo od razu wzrosło i tylko kwestią czasu było odbijanie kolejnych punktów. Nawet nie wiedziałem kiedy i już byliśmy nad Jeziorem Żywieckim. Tam czekała nas chyba najbardziej emocjonująca część zawodów - kajak. Pomimo całkowitego braku zgrania jakoś to ogarneliśmy i udało się przepłynąć cały odcinek bezpiecznie. Później zaliczyliśmy zadanie specjalne, czyli kilkadziesiąt metrów przepłynięte na desce typu SUP. Początkowo bardzo dziwnie się na niej czułem, ale po kilku chwilach nawet zacząłem się poruszać do przodu :D !
Po emocjach na wodzie wróciliśmy do biegania. Pomimo jednej dość solidnej pomyłki w planowaniu trasy, udało nam się przebiec wszystko sprawnie. Po drodze rozpędzaliśmy się nawet do tempa 3:50min/km oraz przez chwilę walczyliśmy ze skurczem u Dominika. Wszystko jednak dobrze się skończyło i przystąpiliśmy do ostatniego etapu rowerowego.
Muszę przyznać, że na nim już byliśmy zmęczeni. Nie działo się nic ciekawego, oprócz tego, że nie mogliśmy znaleźć przez chwilę jednego z punktów. Reszta poszła łatwo i przyjemne i dotarliśmy do mety! Cały rajd (75km) zajął nam w sumie ze wszystkimi przerwami 8godz i 15minut. W kategorii zespołów męskich zajęliśmy 9/16 miejsce (co wydaje mi się fajnym wynikiem jak na nasze doświadczenie i sprzęt), a w kategorii open byliśmy 15 na 42 drużyny.

Na koniec chciałbym podziękować bardzo Dominikowi za ten świetnie spędzony czas. Rajdy okazały się fajną odskocznią od codzienności i mam nadzieję, że jeszcze razem w czymś wystartujemy. Ja ze swojej strony na pewno będę chciał spróbować swoich sił w biegu na orientację. Jestem ciekawy jak poradziłbym sobie z mapą w ręku. To jest cel poboczny na 2020rok! Do następnego rajdu!