Plany na przyszłość 11 Historia zawodów 86 Blog 118 Tatry 41 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie 2 Sprzęt Statystyki

Salamandra Ultra Trail - brak paliwa!


Sezon 2018 wchodzi w decydującą fazę. Za mną pierwszy dłuższy start w tym roku: bajeczna Salamandra Ultra Trail na dystansie 50km. Biegi organizowane przez Beskidzka 160 należą do moich ulubionych, o czym mówię/piszę głośno od dawna. Start tam, to dla mnie zawsze gwarancja niesamowitej zabawy, wielu emocji, ale także jakiejś niespodzianki na trasie. Czy tym razem było inaczej? Oczywiście, że nie. Zapraszam na relację z mojej batalii.

Na ten start czekałem bardzo długo. Jeszcze dłużej się przygotowywałem. W ostatnich miesiącach nie mogę na nic narzekać. Miałem sporo okazji do treningów w górach, trasę znałem bardzo dobrze. W ostatniej fazie przygotowań może trochę niepotrzebnie skusiłem się na eksperymenty (które bardzo lubię), ale trudno - człowiek najlepiej uczy się na błędach. Do Goleszowa jechałem z Przemkiem i Bartkiem. Droga zleciała mi bardzo szybko, bo poruszyliśmy wszystkie możliwe tematy świata. Na miejscu ogromna ilość znajomych twarzy. Atmosfera w biurze zawodów taka jak zawsze - niesamowita! Pakiety odbieramy bardzo sprawnie, a przy okazji od razu wpadamy w wir wielu rozmów z wieloma osobami. Fajnie było znowu Was wszystkich spotkać. Podczas odprawy zacząłem się przebierać i powoli przygotowywać do startu, który był zaplanowany na 8:00.

Jedziemy...

Początek bardzo przyjemnie. Przez pierwsze 5km towarzyszy mi uczucie jakbym płynął po trasie. Świetne, doskonałe, niesamowite samopoczucie. Przez cały ten czas biegłem na drugiej pozycji. Czerwona lampka zapaliła mi się po 10km. Zegarek pokazał, że pokonałem je w niecałe 47min - Karol, zdecydowanie za szybko!. Natychmiast zaczynam myśleć, zwalniam i zdaję sobie sprawę, że zawodnik, który prowadzi jest zdecydowanie za mocny. Odwracam się za siebie i niedaleko za mną widzę Szymona. Biegnę dalej swoje, ale ciut wolniej. Do szczytu Czantorii Wielkiej czuję się niesamowicie dobrze. Zbiega mi się bardzo lekko i nagle... ZONK! Jestem pewny, że mam lecieć prosto, a oznaczenia trasy prowadzą w lewo. Czekam na Szymona, okazuje się, że ktoś się świetnie bawi i niszczy doskonale wykonaną robotę Organizatorów. Oznaczenia są celowo przewieszone w złe miejsca, strasznie się wkurzam. Nie rozumiem dlaczego ktoś to robi. Następne kilka kilometrów biegnę z Szymonem. Bardzo fajnie się gada, czas leci szybko i nagle jesteśmy już w Wiśle. Dla mnie to początek niespodziewanego horroru.
Czuję, że w nogach z kroku na krok kończy się paliwo. W jednym momencie łapią mnie skurcze, w zasadzie w każdym możliwym miejscu. Zaczyna się piekielna walka z samym sobą. Podejście w pełnym słońcu pozbawia mnie resztek człowieczeństwa. Wlokę się strasznie. Szymon daleko z przodu, a ja stoję. Ledwo się ruszam, metrów ubywa, ale bardzo powoli. Jakoś docieram do punktu żywieniowego na Ustroń Polana. Zawsze kurde coś, zawsze!. Na punkcie próbuję jakoś sobie z tym poradzić, ale średnio mi to idzie. Przez myśl przechodzi mi zejście z trasy. Nie wiem czy ta walka ma sens. Wykonuję telefony i szukam motywacji. Otrzymuję ją i walczę dalej. Paradoksalnie wtedy zbawieniem okazała się... Czantoria! Dlaczego? Bardzo proste: na stromym podejściu doskonale można porozciągać mięśnie. Idę powoli i korzystam z dobroci mojej ulubionej góry w Beskidzie Śląskim. Przed samym szczytem lekko odżywam i staram się jakoś zbiegać. W zasadzie taki stan rzeczy utrzymuje się przez następne chyba 30min. Zmienia się tylko na chwilę na ostatnim podejściu oraz w ... Kamieniołomie. W tym roku, z powodu okropnego bólu, zrobiłem go dość sprawnie, bo bardzo marzyłem już o końcu tej masakry. W końcu miałem za sobą jakieś 20km walki ze skurczami, a ogólnie prawie 50km. Na końcu kamieniołomu odwracam się i widzę na dole czwartego zawodnika. Mobilizuję się i dostaję nowych sił. Skoro tyle czasu się broniłeś, nie zszedłeś z tej trasy, to nie oddawaj teraz tego 3go miejsca. Zaczynam zbiegać po ~4:40min/km. Do mety zostało jakieś 2km, więc takie tempo powinno mi wystarczyć. Jak to zwykle bywa w takich momentach, czas zatrzymał się w miejscu. Na tym krótkim odcinku 2 razy się zatrzymuję porozciągać prawą nogę. W końcu są upragnione pasy dla pieszych, a dalej już ostatnie metry i mam to! Wpadam na metę jako trzeci zawodnik dystansu 50km z czasem 5godzin 26minut i 13sekund. Wynik daleki od tego, co sobie zakładałem. Pogoda zrobiła swoje, problemy na trasie jeszcze tylko pogorszyły moją sytuację. Plusy są takie, że kolejny raz wiele się nauczyłem. Całe szczęście jestem cierpliwy i w końcu ogarnę jak się biega w górach.

Na końcu chciałbym podziękować wszystkim za wsparcie, za trzymanie kciuków, za kibicowanie. Szymonowi chciałbym pogratulować drugiego miejsca, a jedocześnie podziękować za kilka miłych kilometrów wspólnej walki. Organizatorom gratuluję ponownie doskonale zorganizowanej imprezy, a tego, kto niszczył oznaczenia trasy na pewno uda się znaleźć ;) Trzymajcie tak dalej!
Chciałbym też pozdrowić i podziękować wszystkich znajomych za super spędzony czas i bardzo miłą sobotę. Przemkowi i Bartkowi za wspólny wyjazd. Gratuluję wszystkim wyników, pokonania pogody i własnych słabości. Czas na regenerację i jedziemy dalej z koksem. Dla mnie następnym przystankiem będzie podziwianie maratońskiego debiutu Mamy i Siostry - to już za tydzień! Następne ściganie dopiero w maju, więc mogę teraz troszkę potrenować :) Pozdro!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)