Podbiegana majówka w Beskidzie Śląskim


Ostatnimi czasy dzieje się u mnie bardzo wiele. W życiu prywatnym nadchodzą wielkimi krokami ogromne zmiany także mam teraz sporo na głowie. Całe szczęście wszystko idzie sprawnie i udaje nam się wyrywać wolne dni na odpoczynek. Tegoroczna majówka była okupiona kilkoma ważnymi sprawami do załatwienia, ale w tak zwanym 'międzyczasie' udało się pobiegać! I to jak!

Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy. Ostatnie kilka dni spędziłem w Brennej i wykorzystałem ten czas na szlifowanie długiego, spokojnego podbiegania. Od dawna miałem na oku kilka dróg, które marzyło mi się kiedyś w całości podbiec, nawet kosztem osiągniętego czasu. Uznałem, że jestem już gotowy do podjęcia wyzwania i przystąpiłem do działania. Podbieganiem zajawiła się chyba także Sonia, bo przy każdej okazji walczyła równie zacięcie.
Wszystko zaczęło się już pierwszego dnia wieczorem, czyli we wtorek. Wyruszyłem wtedy na samotny rekonesans warunków w górach. Czasu do zmroku nie było zbyt dużo, więc nie chciałem się obijać. Nawet nie wiedziałem kiedy i nagle znalazłem się na szczycie Klimczoka, gdzie uświadomiłem sobie, że pierwszy raz udało mi się podbiec cały czerwony szlak od Karkoszczonki. Czasowo nie wyglądało to perfekcyjnie, ale radość była ogromna!
Następnego dnia zrobiliśmy sobie z Sonią wycieczkę na Trzy Kopce, Szyndzielnię, Klimczok i Magurę. W schronisku na Klimczoku byliśmy umówieni na spotkanie ze znajomymi, więc musieliśmy się tam pojawić o konkretnej godzinie. Wiedzieliśmy też, że będziemy z nimi schodzić w dół trekkingowo, więć na podejściach nie musieliśmy się oszczędzać. Z tego powodu podejścia szybko zamieniliśmy na podbiegi i wyszło z tego kolejne kilkaset metrów solidnego dreptani pod górę. Sonia robi w tym elemencie niesamowite postępy!
Kolejny dzień to długie wybieganie na Skrzyczne, Malinowską Skałę i Kotarz. Pomimo długiego dystansu Sonia odważnie podbiegała większość wzniesień, w tym kilka naprawdę stromych ścianek przed szczytem Skrzycznego. Nie ukrywam, że jestem z tego Jej podbiegania bardzo dumny.
Do końca majowki nadal sporo czasu, a my już lekko podmęczeni. W piątek Sonia zdecydowała się odpoczywać, a ja stwierdziłem, że zrobię tylko kilka szybszych kilometrów. Finalnie wyszło ich 7, a w ich ramach udało mi się podbiec całą drogę z Karkoszczonki na Trzy Kopce! Moja wymarzona droga nareszcie padła moim łupem! Było mega ciężko, bo te cholerne kamienie serio tam stawiają opór, ale udało się. Myślę, że psychicznie będzie to dla mnie duży skok w przód i teraz dopiero się zacznie prawdziwa zabawa!
W sobotę lekko odpoczęliśmy zdobywając Równicę i Lipowski Groń bez zbędnej walki z terenem. Czasami trzeba odpuścić :) Dzięki temu udało się złapać oddech i ostatniego dnia pokonałem cały niebieski szlak ze Szczyrku na Klimczok biegiem. Była to już trzecia konkretne droga w te kilka dni w całości podbiegnięta. Treningi na hałdzie, siłownia i inne takie zabawy nie poszły w las i liczę, że w 2019 roku uda mi się spełnić jeszcze kilka moich małych marzeń związanych z bieganiem pod górę.

W tym roku terminy biegów alpejskich wyjątkowo mi nie leżą, dlatego myślę, że wrócę do tej zabawy dopiero w 2020roku. Obserwując postępy Soni myślę, że jest szansa, że i Ona do mnie dołączy. Nie wiem czemu, ale naprawdę to uwielbiam!