[Tatry] Pierwszy raz w Piątce + wycof z Koziego


Od pewnego czasu w moim życiu powstała nowa zależność. Nawet udało mi się już ją zbadać, zweryfikować i potwierdzić. Głosi ona: "im dłużej nie byłem w Tatrach, tym gorzej". Twórcze? Owszem. Prawdziwe? Owszem. Zatem pojechałem, jak zwykle z Sonią. Odwiedziliśmy tym razem nowe dla nas miejsce. Jakoś do Piątki wcześniej nie było nam po drodze.

Po długim i ciężkim dniu wsiadłem w samochód i o 23:30 byłem po Sonię. Podczas drogi do Zakopca szlag nas nie trafił, więc o 4:00 wyruszyliśmy na nasz szlak. Nareszcie mogłem zasmakować tego historycznego asfaltu w stronę MOka. Do teraz nie wiem jakim cudem ktoś nie był w stanie wrócić tamtą drogą po zmroku. Oh wait... obserwując ludzi, których dziś miałem przyjemność spotkać w tamtej okolicy już wiem. Hmm, może jednak zacznę od początku, bo skoro startowaliśmy o 4, to przecież nie mogło być z nami żadnych ludzi ;) Czy to ironia? Nie. Przez pierwsze 3 godziny spotkaliśmy tylko 2 inne ekipy. Ten cały asfalt... jak asfalt. Równo i nudno. Po wejściu na zielony szlak, który prowadził nas przez Dolinę Roztoki stało się o wiele... ciekawiej, piękniej... cudownie! Przepiękna roślinność, Potok Roztoka, chmury, szczyty oraz przebijające się słońce tworzyły dla nas niezapomniany spektakl. Bałem się tego, ale jednak rodziło się w mojej głowie stwierdzenie, że być może jestem w najładniejszym miejscu, jakie widziałem do tej pory. Zmęczony byłem masakrycznie, co trochę utrudniało wędrówkę. Sonia w sumie miała to samo... W pewnym momencie przestaliśmy się odzywać i każdy, na swój sposób, spędzał to kolejne spotkanie z przyrodą. Po około 3 godzinach dotarliśmy do Schroniska w Dolinie 5 Stawów... czarnym szlakiem, na którym zalegało całkiem sporo śniegu. Warto o tym wspomnieć, bo ktoś, kto z Tatrami obyty nie jest może być lekko zdziwiony śniegiem w (prawie!) czerwcu. A takich dziś spotaliśmy bardzo, bardzo, bardzo wielu... Przyszedł czas na przekroczenie progu tego epickiego, wręcz legendarnego schroniska.

Muszę przyznać, że samo otoczenie schroniska, czyli stawy, robią ogromne wrażenie. Pomimo kiepskiej pogody, nadal było tam dziś cudownie. W samym schronisku niestety nie odnalazłem nic szczególnego. Może jeszcze kiedyś dotrze do mnie jego magia. Na razie nadal jestem zauroczony tym z Hali Kondratowej. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się niebieskim szlakiem, który biegnie po brzegu Stawów, w stronę Koziego Wierchu. Czarny szlak miał nas zaprowadzić na sam szczyt, w dodatku podobno nie jest zbyt wymagający. Jedynym problemem była pogoda, która budziła w Soni wątpliwości od samego początku. Ja, jako niepoprawny optymista, cały czas żyłem w przekonaniu, że "przecież się wypogodzi". Zaczęliśmy podchodzić. Szlak bardzo przyjemny, pomimo tego, że tylko ciora człowieka do góry. Gdy dotarliśmy w okolicę około 2000m n.p.m. zdecydowaliśmy o powrocie. Mgła była już bardzo sroga, a w dodatku na środku naszego szlaku pojawił się śnieg. Próbowałem go obejść, ale średnio bezpiecznie było. Mieliśmy oczywiście ze sobą cały potrzebny sprzęt, ale jakoś warunki nie przekonały nas do podejmowania dalszego ryzyka. Ja w sumie, jak mam być szczery, miałem ochotę. Całe szczęście, że mamy w drużynie kogoś bardziej odpowiedzialnego ;) Góra nie ucieknie, wrócimy i wejdziemy jeszcze w tym roku. Jestem o tym przekonany, a dotarliśmy i tak wystarczająco wysoko, aby mieć możliwość zobaczenia przepięknych widoków, zapierającego dech w piersiach tańca chmur po niebie i innych takich tam poetyckich rzeczy, które tylko w Tatrach umiem docenić i tak barwnie nazwać. Niesamowite, jak bardzo można wpaść w jedno miejsce na świecie i chcieć tam ciągle być. Jak bardzo można je podziwiać i cieszyć się każdą chwilą tam spędzoną.

Bardzo się cieszę, że poznałem kolejny mały fragment Tatr. Nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki. Dzięki Sonia za świetnie spędzony czas! Było cudownie (jak zawsze w Tatrach :P)!

Trasa jest dostępna -->TUTAJ<--

Galeria zdjęć