Złote Piekło Czantorii


Ten bieg to moja definicja biegu górskiego. To tutaj znajdziemy wszystko to, co uważam za najfajniejsze w tym sporcie. Piekło jest znane z kosmicznych przewyższeń, trudnych zbiegów i trasy, która odbiera ochotę do dalszego trenowania w górach. Mnie już dawno pochłonęło, a w tym roku przy okazji znowu bardzo dużo nauczyło. Zapraszam na mój piąty raz z Czantorią.

Akt 1 - wejście

W tym roku podjąłem jedyną słuszną dla siebie decyzję i zrezygnowałem z walki z maratonem. Zmianę w podejściu do treningu biegowego obiecałem opisać w osobnym poście, także kiedyś na pewno to zrobię - czas znajdę pewnie w okresie roztrenowania. Jako, że teraz biegam krócej, to oczywistym stał się fakt, że wystartuję na jednej pętli.
Nie był to mój debiut, bo z piekielnym półmaratonem walczyłem już w 2016 roku. Było to bardzo dawno temu i wiele się u mnie zmieniło od tego czasu. Jako, że dwa ostatnie starty na tej imprezie kończyłem na podium, to i tym razem chciałem się tam znaleźć.
Pakiet udało mi się odebrać w piątek, gdy jechaliśmy z Sonią do Brennej. W biurze zawodów pierwsze spotkania ze znajomymi i pierwsze oznaki stresu w mojej głowie. Wieczorem ciężko było mi się skupić na czymkolwiek innym, niż nadchodzącej walce.

Akt 2 - ucieczka

W sobotę wstałem około 5:00. Przygotowałem sobie wszystkie potrzebne mi rzeczy, wypiłem kawę i ruszyliśmy w drogę. Do Ustronia podrzuciła mnie Sonia. W biurze zawodów miałem dla siebie około godziny czasu. Pogadałem wtedy trochę z Olgą, która także miała w planach walkę z jedną pętlą.
Wiedziałem, że jest mega ciepło. Wiedziałem też, że chyba nieco źle się ubrałem, ale już i tak nie miałem wyjścia, więc szkoda czasu i myśli na analizę. Na start maszerowałem pewny siebie. Jakiś głos w mojej głowie mówił mi, że czas to wygrać. Sam nie wiedziałem czy to dobrze, czy źle.
Równo o 8:00 wystartowaliśmy. Już na pierwszym podbiegu po stoku jestem trzeci. Uspokajam oddech, rozglądał się wokół siebie, szybko analizuję sytuację i stwierdzam, że to tempo do góry średnio mi odpowiada. Wolałem odrobinę przyspieszyć i na razie poprowadzić całą stawkę. Chwilę później mijamy kibicującego nam Łukasza Zdanowskiego, którego liczyłem zobaczyć z nami na starcie - niestety mówi mi szybko, że zakończył już sezon. Szkoda.
Lecę dalej. Wbiegamy w las, tam daję się wyprzedzić jednemu zawodnikowi. Chciałem zobaczyć jak będzie prowadzić stawkę. Ja w tym czasie złapałem oddech, bo miałem w planach lekko zaatakować na pierwszym zbiegu. Stwierdziłem, że nie interesuje mnie bieg w grupie - chciałem od samego początku powalczyć o dobry wynik.
Przed nami ważny moment całej rywalizacji. Zaczynamy zbiegać, a ja dosłownie po 2-3 krokach wychodzę na prowadzenie. Biegnę w dół swoim tempem i po chwili orientuję się, że udało mi się uciec całej grupie pościgowej na kilkadziesiąt metrów. Postanawiam to wykorzystać i w następnych minutach mocno pracuję oddalając się od grupy. Po kilkunastu minutach nikogo już za sobą nie widziałem.

Akt 3 - zabawa

Następne 2 godziny to niesamowita radość i zabawa na całego. Biegłem na luzie, czerpiąc garściami energię z otoczenia. Czułem, że to mój dzień i nic, ani nikt, nie jest w stanie mnie dziś zatrzymać. No chyba, że temperatura. Było mi mega ciepło, ale jakoś nie miałem za bardzo czasu o tym myśleć.
Raz po raz spotykałem znajomych, którzy walczyli na dłuższych dystansach. Wszyscy mnie gorąco dopingowali, za co serdecznie dziękuję! Każde takie spotkanie jeszcze bardziej podbijało do góry moją pewność siebie. W pewnym momencie zrozumiałem różnicę, która nastąpiła w mojej głowie w stosunku do poprzednich biegów - tym razem chciałem wygrać i nawet drugie miejsce traktowałem jak porażkę. Tego mi brakło chociażby przed rokiem, podczas gonitwy za Szymonem.
W tym roku trasa Piekła została odrobinę zmieniona z powodu zmian w ITRA. Byłem sceptycznie nastawiony do tej nowości, bo wolałem mieć możliwość porównania wyniku, z wynikami ludźmi z poprzednich edycji. Nowy fragmnet przypadł mi jednak do gustu i teraz uważam, że to krok w przód.
Na Poniwcu poczułem pierwsze zmęczenie biegiem. Podczas podejścia po stoku lekko zwolniłem obroty i starałem się obserwować sytuację za mną. Zauważyłem wtedy jednego zawodnika, który był całkiem blisko mnie. Wiedziałem, że mam tylko 2-3minuty nad nim. Dlaczego piszę, że tylko? Bo szczerze mówiąc poleciałem całkiem mocno ten fragment i myślałem, że mam nieco więcej przewagi do tracenia. Z tego powodu musiałem znowu przycisnąć na odcinku do szczytu Czantorii Wielkiej, co pozbawiło mnie ogromnej ilości sił i spowodowało, że ostatnie podejście na pętli to była moja pierwsza droga przez mękę tego dnia. Już wtedy wiedziałem, że jestem mocno odwodniony...

Akt 4 - z piekła do nieba

Wybór złego stroju to był główny budowniczy napięcia, które trzymało mnie do samego końca wyścigu. Na ostatnim podejściu, tzw. schodach do nieba, byłem ścigany przez Ilya Marchuka. On uzbrojony w kije, a ja ledwo żywy. Tutaj decydującą rolę odegrała moja głowa. Bardzo nie chciałem być drugi i to pozwoliło mi odeprzeć ten atak, a przed samą metą nawet powiększyć odrobinę swoję przewagę.
Na samej górze wpadłem w objęcia Artura, który powiedział jedno, ale bardzo wymowne słowo: nareszcie. Była tam też Gosia Tomik i wielu innych biegowych znajomych. Ja niewiele ogarniałem, bo byłem kompletnie zniszczony. Udało mi się wykręcić 2godziny 48minut, czyli coś, o czym znowu bałem się myśleć przed startem.
Od razu po biegu musiałem odbyć kontrolę antydopingową. To dla mnie całkowita nowość i mega fajne doświadczenie. Fajnie poczuć się odrobinę profesjonalnie, zwłaszcza w tak wielkim dla siebie dniu. Później były już tylko dziesiątki wiadomości, gratulacji, niesamowity czas ze znajomymi i radość z Sonią. Ilość gratulacji, która do mnie dotarła była przeogromna! Jeszcze raz dziękuję!
Na koniec standardowe podziękowania dla ekipy Beskidzkiej 160. Bez Was nie byłoby tej historii, bez Was nie byłoby mojej miłości do niesamowicie trudnych górskich tras. Dziękuję też bardzo mocno wszystkim za kciuki i wiarę. Soni za budowanie mojego charakteru. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że nareszcie jestem gotowy do kroku w przód. A mam w planach zrobienie ich jeszcze kilku.