Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Pierońska przeprawa przez Piekło Czantorii


Trzeci raz wystartowałem w moim ulubionym biegu. Piekło Czantorii kojarzy mi się z tak wielką ilością rzeczy, że długo zajęłoby mi wypisywanie ich wszystkich. W tym roku chciałem się przygotować jak najlepiej i poprawić czas, ktory 2 lata temu osiągnąłem na dystansie maratonu. Tak, wróciłem na maraton i była to bardzo dobra decyzja.

To tutaj właśnie w 2015 przebiegłem swój pierwszy maraton górski. Absurdalne zdanie, przetoczyłem się jakoś po tej trasie. Zajęło mi to wtedy 9godzin z małym hakiem. Rok temu przebiegłem półmaraton i było już ciut lepiej, ale nadal dramatycznie. Czy da się tutaj bez dramatu? Nie da się, jak nie chcesz cierpieć to siedź w domu.
W tym roku start maratonu zaplanowany był na 5:00. Do Ustronia jechałem z kolegą Bartoszem i dotarliśmy tam jakoś po 3:00. Sprawnie odebraliśmy pakiety i mieliśmy trochę czasu na przemyślenie swojego życia. W tym czasie dowiedzieliśmy się, że warunki na trasie są ekstremalne, jest okropna mgła i w ogóle jest piekielnie. Widzieliśmy też kilku rezygnujących z dalszego biegu zawodników z ultra dystansu. Niektórzy byli poważnie umordowani. Cudownie, właśnie tak miało to w tym roku wyglądać - pomyślałem, bo ubiegłoroczne, dobre warunki były aż dziwne. Moje przygotowania uważam za dość solidne, jak na mnie. Chciałem testu swoich możliwości i liczyłem na ciężkie warunki. Czy już jestem nienormalny? Czy to już masochizm? Chyba tak, ale nieważne. Przebrałem się i po odprawie udaliśmy się na start.

3, 2, 1... START!

Lecimyyyy. Czyste buty... były czyste przez pierwsze 2 kroki. Później od razu wpadamy w niesamowite bagno. Lecę z przodu, w grupie kilku zawodników. Pierwsze podejście już kopie mnie po tyłku. Napieram jednak do góry i po chwili czuję się już całkiem nieźle. Boję się tego zbiegu, będzie weryfikacja - nie wyobrażałem sobie zbiegania w tych warunkach po ciemku. Czołówki chyba bardziej przeszkadzały niż pomagały. Mgła się w nich odbijała i metr przed nami była ciągle wielka, rozlana plama mleka. Docieramy do zbiegu i zaczyna się zabawa, która po 2 krokach rozpoczęła się od... zgubienia softflaska! Staram się zatrzymać, inni zawodnicy z trudem mnie omijają, chwytam picie i gonię znowu w dół. Kuźwa, już problemy. Całe szczęście szybko wracam do czołówki, zbieg się w końcu skończył i znowu lecimy do góry. I tak przez następne kilka godzin, bo przecież nie może być nudno. Na drugim podejściu zaczynam pić - mmm, piasek, cudownie. Upuszczony flask był tak upieprzony błotem, że miałem dodatkowe atrakcje podczas picia z niego. Po pewnym czasie wykreowała nam się grupka czterech zawodników i właśnie w niej prowadziliśmy w tym biegu. Fajne było to, że współpracowaliśmy i przy użyciu 4 czołówek znacznie łatwiej było szukać kolejnych oznaczeń trasy. Zbieg w nowej części trasy musiałbym chyba przemilczeć żeby nie używać serii przekleństw. Biegłem jakby z zamkniętymi oczami. Nie było NIC widać. Byłem z siebie mega dumny, że zbiegłem i żyję. Podobnie było na każdym zbiegu aż do wschodu słońca. Czołówkę wyłączyłem na pierwszym, z moich ulubionych podejść - za Poniwcem. Do szczytu Czantorii Wielkiem dotarliśmy poniżej 2godzin. Zbieg z niej to była wspaniała zabawa na sporej prędkości i ryzyku. Wyszaleliśmy się niesamowicie z biegaczem Łukaszem. Na ostatnim podejściu pierwszej pętli nadal trzymaliśmy się w naszym czteroosobowym składzie. Później ostatni zbieg, którego bardzo nie lubię, a po tej edycji jeszcze bardziej. Zaliczyłem tam 2 przepiękne gleby i tak docieramy do polany w 2godziny i 32minuty.

Czas pierwszej pętli niemalże identyczny jak mojego treningu w zeszły piątek. Patrząc na warunki na trasie, na to, że było ciemno przez większość czasu - Cholerne szaleństwo! Zapłacimy za to na drugiej pętli. Podejście od razu mnie zabija, a naszą grupę redukuje do 3 osób. Długo to jednak nie trwało i już do Małej Czantorii docieramy w sporych odstępach. W tamtym momencie byłem drugi. Czułem się jednak mega przybity i już do Poniwca dotarłem sponiewierany jak po wyjściu z pralki. Masakra, to będzie masakra. Teraz się zacznie piekło. No i zaczęło się. Do szczytu Czantorii docieram z ogromnym trudem i na zbiegu jestem już na trzeciej pozycji. Staram się trzymać jako takie tempo, bo szkoda byłoby teraz stracić to podium.
No i jestem w piekle, niech mnie wszyscy diabli. Agonia, kompletnie mnie odcięło. Ostatnie podejście na pętli mnie zabija. Ledwo idę, jakimś cudem wyprzedzam zawodnika z Ultra. Podejście nie chce się skończyć, trwa wiecznie. Nie mam pojęcia jak zbiegnę, nie żyję już. No, ale muszę i jakoś w końcu zbiegam. Czuję się fatalnie, na zbiegu dzwonię do Soni i do Mamy. Chwilę z Nimi rozmawiam, szukam kopa motywacyjnego. Docieram na polanę i zaczyna się ostatnie podejście. Schody do nieba i koniec tego. Jestem w opłakanym stanie, na zegarku 5 godzin i 30minut walki. W nogach ponad 40km i grubo ponad 3000m przewyższenia. Do mety 1400m morderczej wspinaczki. Podchodzę, wlekę się jakoś do góry krok za krokiem. Co chwilę robię przerwę. W końcu z rozpaczy sięgam po dwa przypadkowe patyki i używam ich jako moich kijków.
Nadal jestem trzeci, wysoko u góry widzę pierwszego i drugiego zawodnika. Za mną na szczęście długo nikogo. Wydawało się, że pozycja jest dość bezpieczna, ale i tak chciałem to jak najszybciej skończyć i odpocząć. Ostatnie metry to już wyższy stan świadomości i MAM TO! Jestem trzeci na mecie!

Czy było warto? Oczywiście. Czy było ciężko? Jak cholera. Jestem szczęśliwy, do mety dotarłem w 5godzin 58minut i 51sekund. Ponad 3 godziny szybciej niż 2 lata temu. To jest progress, to są te godziny spędzone w różnych okolicznościach pogodowych na hałdzie i nie tylko. Samo nic się nie zrobi, dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki za ten start, zwłaszcza Soni, która każdego dnia znosi dużo mojego marudzenia i pomaga mi w realizowaniu mojego chorego widzimisie. Dziękuję też bardzo Rodzince na wiarę, chociaż większość czasu pewnie zastanawiają się o czym ja mówię.
Na koniec kilka słów do organizatorów i zawodników. Do tych pierwszych jak zawsze: dzięki za te zawody, perfekcyjnie przygotowane i jedne z najlepszych na jakich byłem. Atosfera na Beskidzkiej 160 jest fenomenalna, chwała Wam za to co robicie. Wasze zaangażowanie przyciąga też świetnych zawodników, z którymi spędziłem dziś kilka świetnych, bardzo trudnych godzin. Dzięki Panowie za wspólną walkę z losem. Powodzenia w dalszych startach i do zobaczenia. Miło było bardzo także spotkać wiele znajomych twarzy, które boję się wymieniać żeby nikogo nie pominąć. Za dużo fajnych ludzi już poznałem na Beskidzkiej! Gratuluję wszystkim podjęcia walki z tą piekielną trasą kolejny raz, osiągniętych wyników - piękne będą znowu z tego wspomnienia.

Do zobaczenia za rok! Piekło rządzi!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)