Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Beskidzka 160 na Raty - Witaj w Piekle synu, ponownie...


Po tym jak pod koniec 2015roku, w ramach Piekła Czantorii, pokonałem swój pierwszy maraton górski w czasie 9godzin i 4minuty, byłem pewny, że ten bieg na stałe wpisze się do mojego kalendarza biegowego. Trasa potrafi upodlić, zabić w Tobie resztki godności i człowieczeństwa. Nie inaczej było w tym roku.

Rok po morderstwie z premedytacją na moim ciele, postanowiłem spróbować swoich sił na najkrótszym dystansie - półmaratonie. Wydaje się, że to tylko połówka - szybki bieg i do domu. Nie tam, nie tym razem. Czekało na mnie 2000m w górę i 1500m w dół. Rano podjechałem po Przemka i ruszamy. Droga mija bardzo szybko - mamy miliony tematów do rozmowy, bo dawno się nie widzieliśmy. Zbliżając się do Piekła obserwowaliśmy 'piękne' chmurki wiszące nad szczytem Czantorii, które tworzyły scenerię rodem z najgorszego z dramatów. Na miejscu lekki deszczyk, ale bardzo znośny, aż ZA przyjemny. Odebraliśmy pakiety, wskoczyliśmy w ciuchy biegowe i wio na start. "Wybrałem połówkę żeby się aż tak bardzo nie zmęczyć" - taa, bzdura numer #1. Zaczynamy. Kilka metrów po starcie zdjęcie robi mi Kolega Robert (pozdrawiam!). Pobiegłem aż minutę i już idę. Od razu jest cholernie stromo, a ja nauczony błędami z roku poprzedniego nie kozaczę. Cierpliwie podszedłem do końca i nagle pierwszy ostry zbieg. Szybko okazało się, że inwestycja w buty nie poszła na marne i udawało mi się przez większośc czasu lecieć poniżej 4:00. No i na tym koniec pozytywów. Zaraz po tym zbiegu mamy kolejne podejście... i tak właściwie już do końca. Niby przebiegłem dwie pętle rok temu, niby znałem tę trasę, a jednak od nowa zadawałem sobie pytanie "dlaczego?!". Do Poniwca nie czułem się najgorzej, tam wypiłem 2 kubki kofoli i cisnę podejście o średnim nachyleniu stoku 36%. Świetnie, na górze czuję się jakby mnie ktoś zjadł, pogryzł, a na koniec wypluł i powiedział "radź se dalej". W mojej głowie huczy tylko "może jednak mnie zjesz?". No dobra, to biegnę/idę (lub raczej odwrotnie) dalej. Ustawiłem sobie cel - być na szczycie Czantorii Wielkiej poniżej 2h. Później się okazało, że wiele się nie pomyliłem, bo byłem tam jedynie minutę później. Miało to jednak swoje konsekwencje. Na dalszym etapie trasy straciłem nogi.
"W tym roku chodziłem sporo po Tatrach, te podejścia nie będą już wcale takie straszne" - taa, bzdura numer #2. Przedostatnie podejście skrzywdziło mnie rok temu dwa razy. Czułem się tam jak zbity chłopiec, zdeptany robak, ślimak, któremu właśnie ktoś rozwalił buciorem jego muszlę. W tym roku nie było inaczej. Tragedia, dramat, łzy i sponiewieranie - ale twardo napieram. Uff jestem, "jeszcze tylko zbiegnę po tych cholernych płytach i będę na schodach". No to zbiegam, w dól oczywiście - chociaż moje nogi już były w takim stanie jakbym ciągle podbiegał. "Niech się skonczy już ten cholerny podbieg, chcę już podchodzić" - BZDURA numer #3. Docieram do końca pętli z czasem 2:52! Jupi, "osz w mordkę - rok temu byłem tutaj po 3:40". Podjarany po chwili słyszę w swojej głowie "Szalałeś? To teraz mi zatańcz". Patrzę do góry i nie wierzę. "To podejście na pewno urosło jak biegłem, niemożliwe, że jest tam aż tak wysoko" - a jednak było. Nie bez powodu Organizator nazywa je "schodami do nieba". Rok temu zdziwiłem się tak samo. O czymś na pewno to świadczy. Czantoria się śmieje: "wczoraj mówiłeś, że mnie dziś zadeptasz - no to patrz". Podchodzę, podchodzę i podchodzę. Moje nogi giną, a ja jestem świadkiem masowego gwałtu. Ludzie, którzy mnie otaczają, idą - praktycznie nikt nic nie mówi. Nagle słyszę: "To nie ma nić wspólnego z bieganiem", "To jest zupełnie zbędne". Mam takie same myśli, ale co innego można myśleć w obliczu tej katastrofy, która dopiero nadchodziła. Strome podejście nagle, na dosłownie kilka metrów, zamienia się w rzeź. Jest tak stromo, że używam rąk - nie jestem w stanie już tego podejść bez nich. Wychodzę na polanę, ktoś mówi, że za chwilkę meta. "Tak wiem, zaraz będzie ją widać". No to cisnę, walczyłem wtedy jeszcze o złamanie 3:30, szybko jednak sobie to wybiłem z głowy (albo raczej góra mi to z niej wybiła). Nagle docieram, wpadam na metę z czasem 3:31:47. To i tak nie jest ważne, szlag z tym. Ważne, że jest postęp, że było fajnie, że kocham ten bieg. On morduje, zabija biegaczy, ale i tak wracają. I będą wracać, bo Piekło jest tylko jedno. Na koniec dodam najmniej istotną rzecz: byłem 37 :), dodatkowo wrzucę (dla podtrzymania tradycji) trasę. Dzięki Przemek za drugi rok w Piekle, za rok wracamy! Dziękuję serdecznie także organizatorom: za możliwość wzięcia udziału w pięknym biegu, za wypaśnie medale, za super atmosferę, za darmowy zjazd kolejką. Perfekcja w każdym calu. Obowiązkowo stanę na starcie wiosną i już nie mogę się doczekać.

Teraz czas na ciekawostki.
  • Wojciech Probst przebiegł Ultra dystans w czasie 8:13 - niemożliwe :O
  • Czantoria jest górą zbudowaną nie ze skały, tylko z błota
  • Kupując nowe buty, pierwszy raz w życiu zadbałem o ich 'spoko' kolor. Skomentuję to tak: "myśl nad kolorem, kup nowe buty, jedź na Piekło Czantorii - niech wyglądają jak stare, których właśnie się pozbyłeś".
  • Czekając na Przemka usłyszałem najlepszy opis trasy Piekła: "Tę trasę powinno się kazać biegać wszystkim pedofilom zanim pójdą do więzienia"
  • Prysznica nie zatkałem nawet podczas prania ciuchów z Runmageddonu - dziś tak
  • Wszystkie moje cytaty umieszczone w tym wpisie zostały przefiltrowane - usunięto wiele przekleństw :D

Relacja Przemka dostępna --> TUTAJ <--.

Galeria zdjęć

 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)