Szybka pętla z Maratończykami


Zawodów brak i pewnie jeszcze przez jakiś czas tak zostanie, ale czy my mamy czas się tym przejmować? No właśnie - każdy powinien sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Dzięki obecnej sytuacji przekonałem się, że tak naprawdę rywalizacja z innymi to tylko fajny dodatek, ale wcale nie jest konieczny. Moja motywacja szybuje do góry, a brak jakiejkolwiek presji sprawia, że mam chyba większą radochę z biegania niż kiedykolwiek wcześniej.

W ostatnią sobotę (16.05) umówiłem się na pętlę z centrum Brennej, przez Salmopol, Malinowską Skałę, Skrzyczne oraz Karkoszczonkę z Michałem oraz Radkiem. Panowie są świetnymi maratończykami i wiedziałem, że bieganie z Nimi po górach na takim dystansie to będzie dla mnie niesamowicie trudne wyzwanie.
Na parkingu ustawiliśmy się około 6:30, a już 10min później lecieliśmy w kierunku Horzelicy. Humory wszystkim dopisywały i od samego początku panowała fajna atmosfera. Wiedziałem, że to będzie dobre bieganie.
Horzelica, a później odcinek w kierunku Grabowej zleciały w takim tempie, że nawet nie zauważyłem kiedy, a już był Salmopol. Mówiliśmy między sobą, że Malinów i Malinowska Skała to trudne podejścia, a nagle było już po fotce na drugim z wymienionych szczytów. Do Skrzycznego biegliśmy niemal cały czas, w dodatku w naprawdę fajnym tempie. Nie było czasu na opierniczanie się, chociaż to wcale nie oznaczało brak rozmów. Wręcz przeciwnie, każdy mówił ile tylko byliśmy w stanie, a dzięki temu nie odczuwaliśmy zmęczenia.
Prawdziwa zabawa zaczęła się na zbiegu ze Skrzycznego. Nawet pomimo tego, że wydarzyło się tam trochę dziwnych rzeczy, które spowodowały, że na Karkoszczonkę każdy z nas dotarł osobno, to był chyba najbardziej szalony moment trenigu.
Pędziliśmy naprawdę szybko i sprawnie w dół, turyści podobno chcieli wyciągać telefony i kręcić nasz zbieg - widocznie wyglądało efektownie :D !
Na Karkoszczonce byłem już mocno sponiewierany. Nic dziwnego, w nogach w końcu 25km solidnej górskiej wyrypy w fajnym tempie. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak dopiero wtedy. Chłopaki zaserwowali na sam koniec danie główne. Zbieg do centrum w Ich tempie w tym momencie treningu pozbawił mnie resztek sił. Strava pokazywała jakieś kosmiczne wartości. Wpadł jakiś kilometr w 3:13, jakiś międzyczas na tym samym dystansie w 3:02, jakaś mila w 5:11. Serio pędziliśmy w dół bez opamiętania. Obok samochodu czułem się jakbym wyszedł z pralki.
Razem wyszło mi 33km, 1500m przewyższenia, tempo mocno poniżej 6min/km. Jednym słowem grubo. Mam nadzieję, że jeszcze razem pobiegamy, a wtedy żadne zawody nie są mi potrzebne! To była czysta przyjemność! Dzięki