Non Stop Trail - Babia Góra


W tym roku mój blog wydaje się nieco zaniedbany. Wszystko za sprawą przedziwnej sytuacji, która opanowała cały świat w ostatnich kilku tygodniach. Do tego może wrócę jednak kiedyś w osobnym wpisie, a teraz przeniosę się na chwilę na Babią Górę, gdzie spędziłem w ostatni piątek kilka bardzo fajnych godzin.

Jako, że wspomniania sytuacja zabrała nam możliwość startowania w zawodach, postanowiliśmy wyjść na przeciw problemom i wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Zawody nie są nam potrzebne do szczęścia - po prostu wsiedliśmy w samochody i spotkaliśmy się na Krowiarkach.
Dawno tam nie byłem, a w dodatku pierwszy raz jechałem sam samochodem w kierunku Babiej. Ta góra zawsze wprowadza u mnie wyjątkowy nastrój, więc było ciekawie. Sonia tym razem została w Brennej.
Ekipa do walki była bardzo mocna. Na parkingku pojawił się Adam, który przewraca od kilku miesięcy mojego bieganie do góry nogami, oraz Katarzyna, której nie trzeba nikomu w górach przedstawiać. W powietrzu byo czuć ochotę do walki, pomimo tego, że prognozy skutecznie chciały ostudzić nasze zapały.
Całą zabawę rozpoczęliśmy od małego ściganka po klasycznej babiogórskiej pętli, w kierunku odwrotnym, do rozgrywanego podczas zawodów Memoriał Wojtka Kozuba. Trasa w tę stronę wydaje mi się wolniejsza, nieco bardziej wymagająca.
Na szczycie pojawiłem się pierwszy. Cały podbieg czerwonym szlakiem zajął mi dużo czasu, bo ponad 41minut. Męczyłem się z powodu śliskich odcinków i... stroju który miałem na sobie. Było mi po prostu za gorąco. Zabawne było to, że napotkani turyści straszyli mnie wiatrem, a na szczycie ledwo dał się go wyczuć. Zadam tutaj wymowne pytanie: czy wiecie po czym poznać turystę, który jest pierwszy raz na Babiej? ;)
Prawdziwa jazda zaczęła się na zejściu w kierunku Przełęczy Brona. Zalegający po stronie północnej śnieg sprawił mi sporo problemów. Momentami musiałem się nieco nakombinować żeby wybrać najbezpieczniejszą opcję zejścia. Mimo wszystko było świetnie i dobrze się bawiłem. Niestety jeden moment nieuwagi zaowocował glebą na kamieniach, co odczuwałem do końca tego dnia. No trudno, czasami się zdarza :)
Po zakończeniu pętli nie musiałem długo czekać na moich towarzyszy. Swoją próbę ukończyłem w 1:39, Katarzyna w 1:46, a Adam był na mecie dosłownie chwilę później. Humory nam dopisywały, dlatego po krótkiej przerwie zdecydowaliśmy się wyjść na Babią raz jeszcze.
Nasze tempo było tym razem zdecydowanie wolniejsze, postanowiliśmy się trochę zrelaksować i pogadać. To zdanie jest prawdziwe, ale tylko do pewnego momentu. Po wyjściu nad kosodrzewinę uderzyła w nas ściana marznącego deszczu, zaczęło mocno wiać, więc postanowiliśmy jednak trochę pobiegać.
Na szczycie zero widoków i lekko urywa głowę. My w doskonałych humorach żartujemy, robimy fotki i rozmawiamy z innymi turystami. Nie można tracić pogody ducha będąc w tak cudownym miejscu.
Na zbiegu skupiliśmy się na zrobieniu fajnych fotek. Kilka wyszło świetnie, więc cel osiągnięty. Podsumowując cały dzień zrobiliśmy coś około 24km i 1400m w pionie. Patrząc na warunki pogoodowe, to naprawdę sporo solidnego biegania. Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z tą ekipą jeszcze nieraz. Dziękuję Wam za świetne kilka godzin wspólnej zabawy!
Powrót do domu, do Żony, zleciał mi w skupieniu z powodu deszczu i na wspominaniu tego, co przed chwilą przeżyłem. Brakowało mi tych emocji...