Nocą mniej widzisz, słyszysz natomiast wszystko


W mojej głowie rodzi się tyle pomysłów związanych z bieganiem, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad tym, czy kiedyś będę mógł po prostu przestać i powiedzieć sobie, że wybiegałem wszystko, co chciałem. Na razie jednak muszę trenować, a później starać się realizować swoje plany, bo tak już mam.

Niestety nie mogę jeszcze zdradzić po co jest mi bieganie nocą. Jednym z powodów jest na pewno start w Piekle Czantorii, ale o to tutaj najmniej chodzi. Na zawodach już kilka razy mogłem trochę polatać po zmroku, ale obecność innych zawodników zmienia postać rzeczy. Dreszczyk emocji pojawia się dopiero wtedy, gdy wiem, że jestem w lesie kompletnie sam...
Skoro pierwszy raz miałem walczyć w górach sam po zmroku, to przyjąłem bardzo bezpieczną taktykę. W drogę wyruszyłem chwilę przed zachodem słońca. Wszystko po to, aby zmrok dopadł mnie daleko od domu i wtedy nie będę miał już nic do gadania. Plan wypalił w 100%, bo czołówkę odpaliłem dopiero nieopodal szczytu Klimczoka. Ku mojemu zdziwieniu na szczycie spotkałem grupkę turystów. Mieli podobną radochę do mnie, ale Oni poszli do schroniska, a ja w stronę Trzech Kopców. Tam zrobiło się naprawdę ciemno.
Przed wyjściem obiecywałem sobie, że nie dam się wkręcić i nie będę sobie wmawiać, że tam coś było!. Zbiegając z Klimczoka serio coś widziałem. Po chwili okazało się, że to dwóch Panów postanowiło wypić piwko w środku ciemnego lasu, bez najmniejszego światła. Fakt, miejsce na piwko idealne, ale ja dostałem prawie zawału. Panowie byli równie zaskoczeni moją obecnością, co ja ich. Wszystko skończyło się na serdecznych pozdrowieniach, wyrazach podziwu z obu stron (oni mnie za bieganie, ja ich za pomysł piwka w lesie) oraz powodzenia w dalszym wykonywaniu naszych czynności.
Pobudzony dobiegam na Trzy Kopce. Tam robię sobie przerwę i chwilę rozmawiam sam ze sobą. Ciepła noc dodaje uroku tej chwili. W sumie to nawet nie chciało mi się wracać, ale nagle usłyszałem coś w lesie. Stwierdziłem, że nie ma co przedłużać tej zabawy i pomimo tego, że momentami było naprawdę sympatycznie, to jednak chciałem już być w domu.
Zbieg okazał się problematyczny. Przy świetle czołówki widać o wiele mniej, a ilość zalegających liści wcale nie pomaga. Do domu wracam także nieoznaczoną drogą, co dodatkowo podbija trudność zadania. Jakoś jednak się udało i moja pierwsza samotna wyprawa w góry zakończyła się sukcesem. Mam nadzieję, że będzie tego więcej, bo taki dreszczyk nowych emocji zawsze jest przyjemny ;)

Moja klasyczna trasa w Beskidzie Śląskim :)