XIII Alpin Sport Tatrzański Bieg Pod Górę


O starcie w tym biegu rozmyślałem przez cały poprzedni i aktualny rok. Przygotowywałem się sumiennie, by na ostatniej prostej popełnić ogromny błąd, czy też może bardziej dopuścić się dużego zaniedbania i pozbawić się szansy na fajną zabawę. W życiu bywa i tak, a ja wyciągnę z tego kolejną lekcję na przyszłość.

Przygotowania szły bardzo dobrze, a wszystkie tegoroczne starty w biegach alpejskich mówiły mi, że jestem na dobrej drodze do spełnienia swojego celu. Apetyty rósł w miarę jedzenia i ostatnie tygodnie to była prawdziwa jazda bez trzymanki. Treningi wchodziły aż miło, a później z takim samym impetem wjechało we mnie przeziębienie.
Tydzień do startu, a ja leżę, śpię i mam gorączkę. Całkowicie mnie to podłamało. No ale, czy to złośliwość losu, czy może jednak moja wina? Skłaniałbym się ku temu drugiemu. Nie zadbałem odpowiednio w tym roku o swoją odporność i takie miałem tego efekty.
Cały tydzień przed biegiem to była walka żeby w ogóle wystartować. Gdy to się już udało, to podczas odbierania pakietu dowiedziałem się, że w górach są złe warunki i jest spora szansa, że nie pobiegniemy. Ostatecznie pobiegliśmy, ale mój udział w tym biegu był kompletnie bez sensu.
Od samego początku czułem brak sił, brak rytmu i zator w płucach. Przez nogi przepływały mi dziwne prądy, a były pewnie wywołane tym nagłym zrywem po tygodniowej labie. Tak się nie da, tak nie można - zwłaszcza na Mistrzostwach Polski. Chciałem sobie oszczędzić przez chwilę tego wstydu i biegu rozpaczy, ale stwierdziłem, że na pamiątkę dotrę do szczytu.
Mój bieg, to bardziej był marsz lub trucht. Nie ma co się mazać. Na szczyt dotarłem jako 25 zawodnik open w bardzo przeciętnym czasie 54:10. Jestem nim bardziej niż załamany. Rok pracy, a efekty gorsze niż na zwykłym treningu w sierpniu 2019. Heh, jest to tak słabe, że nawet nie będę starał się tutaj niczego więcej tłumaczyć.
Sama atmosfera, spotkanie znajomych i pogoda pod szczytem były warte gry. Poza tym, że ja dałem ciała, to wszystko inne zagrało i chyba to też się odrobinę liczy. Mam kolejne doświadczenie w walce z wiatrem, to na pewno zaprocentuje w przyszłości. Moje marzenie o top10 w biegu rangi MP jest nadal aktualne. Nie poddam się tak łatwo.
Teraz ogłaszczam koniec sezonu. Zaczynam roztrenowanie i 3 tygodnie odpoczynku. Muszę sobie to wszystko od nowa poukładać w głowie, a do treningów wrócę silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. No i poukładany jak nigdy!

Na pamiątkę zacytuję samego siebie z mojej Facebookowej relacji:

MP Skyrunning VK
Przygotowywałem się do tego biegu bardzo długo. Wszystkie biegi alpejskie w tym roku poszły mi fajnie, więc miałem ogromne oczekiwania względem siebie. Ostatnie tygodnie utwierdzały mnie w tym, że mam prawo wymagać. Było super, aż nagle dałem się złapać na przeziębienie. Tak - to moja nieuwaga, brakło zadbania o tak istotną rzecz. Efekt? Gorączka, zatoki i paniczne ratowanie sytuacji w ostatnich dniach. Ostatecznie udało się wystartować, ale niecały kilometr od startu chciałem wracać. Moje płuca przeżywały ogromny dramat. Ciało nie chciało wpuścić mnie na wysokie tętno, na którym przeważnie biegnę tego typu zawody. Tak czy siak udało się dotrzeć na szczyt w słabym czasie: 54:10. Jestem bardziej niż rozczarowany. Zająłem 25miejsce open, co w tej obsadzie było i tak najmniejszym wymiarem kary. No cóż, życia nie da się oszukać, a takie zawody nie wybaczają nawet najmniejszych błędów. Czy był sens wystartować? Chyba tak, bo przynajmniej zobaczyłem moje ulubione góry. Warunki na trasie tez były ciekawe, wiec cieszę się, ze to przeżyłem. Tatry dają mi w tym roku spektakularne łomoty 😍