Pierwsze morsowanie!


Ostatni dzień roku, ostatnia szansa na dokręcenie licznika treningowego na maxa. To także ostatnia szansa na spróbowanie czegoś nowego w tym roku. Tak też zrobiłem :)

Od kilku dni chodziło mi to po głowie, Sonia mnie namawiała, ale nie byłem przekonany. Decyzję podjąłem nieśmiało chyba już wczoraj. Dziś wstałem zestresowany "po co mi to?!". No trudno, jak się powiedziało A, trzeba też powiedzieć B. Wychodzę na dwór, auto całkowicie zamarznięte. Odpalam silnik i widzę -6 stopni. "O żesz w mordę - nie wchodzę". Zebrałem Sonię i jedziemy do Pławniowic. Na miejscu spotykamy Monikę i Wojtka. Wojtek też miał w planach dziś wejść do wody po raz pierwszy, więc było raźniej. Całą "ceremonię" rozpoczęliśmy od rundki honorowej wokół jeziora. Pod koniec coraz większy stres. Po 9km przyszedł czas na danie dnia. Wyskakujemy z ubrań i korzystając z tego, że miły Pan rozstrzaskał wcześniej dla nas lód, wchodzimy do wody. Pierwsze wrażenie - "odpadną mi nogi". Później lekkie zawahanie, lód był ostry jak brzytwa.
Po kilku sekundach jesteśmy w odpowiednim miejscu i kucamy. Tam ciągnące się 2minuty, ale z każdą sekundą coraz lepiej. Z początku miałem ochotę uciec, teraz nie żałuję. Było fajnie, ciekawe doświadczenie i chyba na tym się nie skończy. Jeszcze do tego wrócę, jak ktoś się zastanawia czy spróbować - odpowiadam: oczywiście! Jeszcze pare dni temu przysięgałem sobie, że "nigdy w życiu!", a dziś już pierwszy raz za mną. Życie to ciągła seria niespodzianek :)

Czas na małą zabawę Sylwestrową, życzę wszystkim szampańskiego wieczoru! A już jutro widzimy się w Parku Śląskim na Cyborgu! Mam ochotę na jakiś maratonik 3:)