Miodowe Dolomity #3 - Tre Cime, Lago di Misurina, Cortina D'ampezzo


Nadszedł kulminacyjny dzień naszej podróży! Dziś będzie pięknie, dziś będzie ciekawie - będzie się działo! Trzeciego dnia wybraliśmy się zobaczyć Trzy Siostry (Tre Cime) - symbol Dolomitów, bezdyskusyjną perełkę, którą każdy powinien mieć na swojej liście odwiedzonych miejsc w tamtych pięknych górach. Już sama podróż samochodem dostarczyła nam wielu wrażeń, a później było jeszcze lepiej. Brzmi zachęcająco? Zapraszam!

O wyjątkowości Tre Cime nie można dyskutować. Wystarczy zobaczyć kilka zdjęć w internecie i już chce się tam jechać. Z tego podowu, że bardzo zależało nam na tej wycieczce, wybraliśmy na nią najlepszy dzień według zapowiadanej pogody. Wyjątkowo także spakowaliśmy się jeszcze przed śniadaniem, bo przed nami było około 1.5 godziny jazdy samochodem.
Jak już wcześniej wspomniałem, emocje zaczęły się jeszcze w samochodzie. O ile droga do Cortiny przebiegała spokojnie, tak później zaczęła się jazda bez trzymanki. Najpierw setki uciążliwych zakrętów (tak, dało się ich zrobić jeszcze więcej, niż w poprzednich dniach) i kilometry pięknych widoczków. Później kilka niespodzianek, przejazd obok Misuriny i coraz trudniejszy teren do jazdy.
Przejdźmy jednak przez to wszystko spokojnie. Droga za Cortiną (patrząc oczywiście od strony Alleghe) rzeczywiście była uzbrojona po zęby w piękne widoki. Dla samochodu była jednak trochę uciążliwa. W pierwszą stronę nad Misuriną zatrzymaliśmy się dosłownie na kilka chwil, Sonia wyskoczyła tylko zrobić zdjęcie i szybko zobaczyć jak wygląda sytuacja.
Od tamtego miejsca do celu naszej podróży zostało już tylko kilka kilometrów. Nagle jednak spotkało nas ogromne zaskoczenie. Na naszej drodze pojawiły się bramki, a na nich 30€ opłaty. Wydaje się dużo? Tak, my także początkowo się przeraziliśmy, ale możliwość wyjechania samochodem pod samo Rifugio Auronzo (2320m n.p.m.) to naprawdę świetna sprawa. Naprawdę niewarto oszczędzać tych pieniędzy i pokonywać ostatnie 5.5km pieszo. Dlaczego? Bo w samym sercu Parco Naturale Tre Cime jeszcze się nachodzimy, a widoki są tak świetnie, że warto mieć sporo sił. Powiem szczerze, że nawet sam podjazd samochodem w tamto miejsce jest tak widowiskowy, że warto to przeżyć. My dodatkowo mieliśmy przyjemność parkować nad przepaścią na jednym z zakrętów, co jeszcze podbiło poziom wrażeń, który i tak już sięgał zenitu.
Trekking wokół Tre Cime di Lavaredo zaczęliśmy od wizyty w schronisku. Trzeba przyznać, że panował tam jakiś niepowtarzalny klimacik. Tworzył go chyba tłum, bo warto tutaj wspomnieć, że w tym miejscu, na tej trasie, sami raczej nie będziemy ;) . Dalej przyszło nam kilka minut podróżować w sporej grupie turystów. Niestety nie jest to super wygodne, bo szlak wcale nie jest wybitnie szeroki, a ludzie co chwilę sie zatrzymują robić zdjęcia i się rozglądać. Przez to poruszanie się nie jest płynne, a można powiedzieć, że delikatnie drażni.
Całe szczęście sytuacja nie trwa długo i po pierwszym rozwidleniu jest już dobrze. Wtrącę tutaj, że do tej pory strasznie zmarzłem, bo wybrałem się na szlak w spodenkach, a wysokość około 2400m n.p.m. nie pomagała w złapaniu jakiegoś ciepła. Z pomocą przyszło jednak podejście, które skutecznie mnie dogrzało i od tamtej pory wszystko było już ok.
Powoli okrążaliśmy Tre Cime i byliśmy bliscy zobaczenia ich od tej lepszej strony. Stanęliśmy wtedy przed wyborem szlaku i oczywiście przypadł nam do gustu ten, który prowadził najwyżej. Później okazało się, że nie był to zbyt dobry wybór, bo szlak nie był wygodny. Cały czas był lekko pochylony w lewo, w kierunku ogromnego kotła. Dodatkowo ciągle szlismy do sypkim terenie, a raz nawet musieliśmy pokonać mało komfortowy płat śniegu.
Całe szczęście udało nam się bezpiecznie dotrzeć w okolicę Dreizinnenhütte (2405m n.p.m.). Tam mieliśmy zjawiskowy widok na Tre Cime, a to oczywiście oznaczało dłuższe posiedzenie i dziesiątki zdjęć na wszystkie możliwe sposoby.
Po krótkiej wizycie w schronisku przystąpiliśmy do dalszej drogi. Zostało nam zamknąć koło wokół masywu i cieszyć się dalej widokami. To co ukazywało się naszym oczom cieżko w jakikolwiek sposób opisać. Widoki były po prostu fenomenalne i nawet najlepsze zdjęcia nie są w stanie tego oddać nawet w jednym procencie. Po prostu trzeba jechać i to zobaczyć, dlatego nie będę tutaj nawet podejmował próby opisania czegokolwiek.
Po wyjechaniu z parkingu (co doprowadziło mnie prawie do zawału, bo musiałem cofać w kierunku przepaści), udaliśmy się w kierunku Misuriny (1754m n.p.m.). Nasi znajomi układali kiedyś puzzle, na których było właśnie to jezioro. Poprosili nas o jego zdjęcie, więc na początek mieliśmy fajne zadanie. Postanowiliśmy znaleźć dokładnie ten sam rzut, który był widoczny na tychże puzzlach. Cała operacja została zakończona sukcesem, a zdjęcie możesz podziwiać po lewej stronie tego tekstu.
Przy okazji pobytu nad Misuriną dowiedzieliśmy się ciekawostki na tematu włoskiego systemu parkowania. Jeżeli wejdziemy w posiadanie takiego niebieskiego, tekturowego kółeczka, które imituje zegar, to możemy ustawić na nim godiznę naszego przybycia na parking, zostawić to za szybą i stoimy za darmo tyle czasu, ile głosi znak pod którym parkujemy. Wypas prawda? Dowiedzieliśmy się tego od miłej Pary Motocyklistów. Pani nawet udała się ze mną do sklepu i dokonałem zakupu tego magicznego kółeczka. Koszt: 2.5€.
Po szybkim spacerze wokół całego jeziora udaliśmy się w kierunku Cortiny. Chcieliśmy trochę pozwiedzać i co nieco zjeść. O ile to pierwsze jakoś nam się udało, to druga część zdania to kompletna porażka. Wszystkie knajpy były otwarte od 18 lub nawet 18:30. Jako, że mieliśmy przed sobą ponad godzinę jazdy do domu, to średnio uśmiechało nam się czekać do tak później pory. Sama Cortina nie zrobiła na nas jakiegoś wielkiego wrażenia. Może dlatego, że po prostu nie przepadamy do końca za ruchliwymi ulicami. Efekt był taki, że z przyjemnością wróciliśmy do naszego cichego Alleghe, zjedliśmy pyszne spaghetti w Ristorante El Ciamin i posiedzieliśmy na ławeczkach nad naszym jeziorem.

To był dzień pełen wrażeń. Tre Cime di Lavaredo to punkt obowiązkowy do zobaczenia w Dolomitach. Ciężko to opisać słowami, dlatego po prostu serdecznie polecam tam podjechać, zapłacić za wjazd i cieszyć oko przez kilka następnych godzin niesamowitymi widoczkami. Warto!