Miodowe Dolomity #4 - Chcieliśmy zobaczyć Tofany


Czwartego dnia pojawiło się zmęczenie i było ono spodziewane. Prognozy pogody także nie napawały optymizmem. Ogólnie nawet jakoś chęci było brak do poważniejszej aktywności górskiej. Tak czy siak dzień było trzeba jakoś wykorzystać, chociaż do momentu aż zacznie padać.

Już po przebudzeniu wiedzieliśmy, że dziś będzie raczej leniwy dzień. Podróż, plus trzy ostatnie intensywne dni, wreszcie upomniały się o swoje i spowodowały, że nie paliliśmy się do wyjścia. Spokojne śniadanie i bardzo powolne poruszanie się po pokoju, pozwoliły nam lekko odpalić silniki.
Jako, że nie mieliśmy szczególnego pomysłu na ten dzień, to postanowiliśmy pojechać na Passo Falzarego (2105m n.p.m.), a tam zobaczymy co dalej. Wiedzieliśmy, że fajnie byłoby zobaczyć Tofany, czyli spektakularny masyw górski z najwyższym szczytem Tofana di Mezzo (3241m n.p.m.). Dlaczego ten dzień był taki niezaplanowany? To nie jest tak, że się nie przygotowaliśmy. Po prostu planowaliśmy któregoś dnia lekki odpoczynek, a w prognozach zapowiadali, że będzie cały czas padać. Jak widać na zdjęciu obok, chmury ciągle nas straszyły, także nigdzie daleko nie chcieliśmy się wybierać.
Po dotarciu na Passo Falzarego po prostu ruszyliśmy przed siebie. Nie mieliśmy pojęcia o trudności szlaków wokół masywu, więc bez zastanowienia wybraliśmy ścieżkę, która początkowo wyglądała rozsądnie i co najważniejsze szła w odpowiednim kierunku. Po prawie godzinie marszu okazało się jednak, że dotarliśmy do miejsca, którym trudność szlaku nas przerasta i postanowiliśmy zawrócić. Jakoś nie mieliśmy humoru do walki z terenem.
Po powrocie do początku zastanawialiśmy się co dalej. Poza ubytkiem sił, straciliśmy także sporo czasu. Po południu pogoda miała się popsuć, ale mimo tego jakoś nie potrafiliśmy sobie odmówić kolejnych widoczków i nieśmiało ruszyliśmy w górę.
Wtedy rozpoczął się trekking, który miał spory wpływ na całą resztę naszej podróży. O tym jednak napiszę później. Przed nami było spore podejście i od samego początku widzieliśmy miejsce, do którego bardzo chcieliśmy dotrzeć. Tym miejscem była Forcella Travenanzes (2507m n.p.m.).
Początkowo szliśmy przez kosówkę, drogą bardzo podobną do typowego szlaku tatrzańskiego. Na szlaku sporo turystów, większość z nich schodziła już jednak w dół. My co jakiś czas wyznaczaliśmy sobie kolejne punkty kontrolne, w których ocenialiśmy pogodę i podejmowaliśmy decyzję, czy idziemy dalej. Czasami, jak już traciliśmy pewność, ja szybko wybiegałem do góry sprawdzić czy warto dalej iść. Odpowiedź oczywiście zawsze była twierdząca i w ten sposób powoli posuwaliśmy się do przodu.
Po dotarciu do rozejścia szlaków (w lewo można było iść na taką ferratkę dla rodzin) nadszedł punkt kulminacyjny programu. Pogoda wydawała się być bardzo niestabilna, ale za to widoki były obłędne. Skusiły nas i postanowiliśmy spróbować jeszcze trochę podejść. Jako, że Sonia miała pewne obawy co do szalku, to wybraliśmy odrobinę inną drogę. Dzięki niej na skróty dotarliśmy do Forcella Lagazuoi (2586m n.p.m.).
Tam definitywnie podjęliśmy decyzję, że czas wracać. Widoczki były piękne, a nad nami już pojawiło się schronisko, ale ciemne chmury i spore ilości uciekających z góry turystów, przekonały nas do powrotu. Tak czy siak cieszyliśmy się jak dzieci, bo udało nam się z tamtego miejsca zerknąć na Tofany, a przy okazji pobiliśmy swój rekord wysokości. Fajnie!
Po zejściu w dół pogoda odrobinę się poprawiła, więc wybiegłem sobie jeszcze stok narciarski Col Gallina (1.7km +240m). Na mecie podbiegu padłem na twarz i wtedy wiedziałem, że śmiało mogę wracać do domu. W Alleghe zanim poszedłem się kąpać wybiegłem sobie jeszcze na Pianni di Pezze (5km +450m). Dzień zakończyłem zatem dwoma potężnymi podbiegami, a niby miało być leniwie.
Tak minął nam dzień odpoczynku i ładowania baterii. Co przyniesie jutro?! :)