Miodowe Dolomity #5 - Passo Giau i Lago di Baste


Jak mam być szczery to piątego dnia nie bardzo mieliśmy plan na dalszą aktywność. Początkowo zakładaliśmy, że pojedziemy do miejscowości Santa Maddalena, ale całkowicie odrzuciliśmy ten pomysł z powodu odległości. Stwierdziliśmy, że zostawimy sobie coś na drugą wizytę w Dolomitach, a dziś będziemy improwizować...

Improwizowanie wyszło nam wspaniale. Na internetach znalazłem, że fajną widokową przełęczą jest Passo Giau (2236m n.p.m.). Ciekawostką jest, że odwiedzają ją kolarze biorący udział w słynnym Giro d’Italia.
Pogoda nie była szałowa. Przez góry przewalały się chmury, było chłodno i wszystko wskazywało na deszcz. Wycieczkę rozpoczynaliśmy z bardzo ostrożnym nastawieniem. Zaplanowaliśmy krótką trasę i nie liczyliśmy w sumie na nic szczególnego. Chyba ogólnie mieliśmy już trochę dość.
Pierwszym zaskoczeniem tego dnia była już droga, którą przyszło nam pokonać samochodem. Znak 29 tornanti i jakieś 1000m do podjechania na 10km, brzmiało jak dobra zabawa - i taka była! Jechało się nadzwyczaj fajnie, było ciekawe i nawet nie wiedziałem kiedy dotarliśmy na parking.
Po wyjściu z samochodu mega zaskoczenie. Widoki były rzeczywiście przepiękne, lepsze niż na Passo Falzarego. Przed nami było ładne schronisku, widok na Averau (2647m n.p.m.) i... stado krów! Od razu wiedzieliśmy, że to miejsce dla nas. Po szybkiej wizycie w schronisku od razu pobiegliśmy się przywitać z łaciatymi przyjaciółmi. Jednym z punktów na naszej liście TODO w Alpach, było zobaczyć te słynne krowy.
Radości nie było końca. Robiliśmy dzisiątki fotek, próbowaliśmy je pogłaskać, chodziliśmy z miejsca na miejsce, ale największym zaskoczenie było to, że one po prostu stały na środku szlaku. Ścieżka prowadziła pomiędzy nimi, więc jak ktoś lubi takie atrakcje, to Passo Giau to najlepszy z możliwych wyborów.
Punktem kulminacyjnym zabawy z krowami, było odnalezienie przez nas małej krówki o imieniu... Sonia! Tak, naprawdę! Potwierdzeniem tego jest załączone po lewej stronie zdjęcie. Mieliśmy z tego niezły ubaw :)
W końcu przyszedł czas, że ruszyliśmy na zaplanowaną trasę. Naszym celem było Lago di Baste - malownicze jeziorko nieopodal przełęczy. Początek naszej drogi to lekkie podejście, które szybko zmieniło się w trawers dość stromego zbocza, które opadało daleko do doliny z naszej prawej strony. Widoki były tam spektakularne, ale woleliśmy nie próbować się tam potykać. Po dojściu do małego siodełka i jednocześnie pierwszego rozejścia szlaków, weszliśmy w wielki, pełen kamieni, kocioł, a w nim czekały na nas kolejne niesamowite widoki.
Trawers zbocza dookoła kotła zajmował wiele minut. W tym czasie, przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć kolejne stada krów, rodzinkę świstaków i podobno kozice górskie. Nam niestety tych ostatnich zabrakło - bardzo żałujemy!
W pewnym momencie dostrzeliśmy jeden z punktów pośrednich naszej podróży. Szlak prowadził w kierunku Forcella Giau, a ostatni odcinek był naprawdę stromy! Całe szczęście, jak zwykle w Dolomitach, szybkie nabieranie wysokości zawsze jest nagradzane wspaniałymi widokami. Tym razem mieliśmy fajny widok na Cinque Torri i Tofany.
Po wejściu na siodełko kolejne wielkie zaskoczenie. Teren stał się w miarę płaski, a my przenieśliśmy się do trawiastego raju otoczonego kolejnymi przepięknymi skałami. Na początku podróżowaliśmy pomiędzy wielkimi porozrzucanymi kamieniami, pośród których spotkaliśmy sporą grupę, równie radosnych jak my, turystów z Chin.
Po wyjściu ze wspomnianej grupy kamieni teren mocno się otworzył. Od razu zrobiło się chłodniej, ale kolejny raz widoki zachwycały. Ciężko opisywać takie miejsca słowami, tymbardziej, że ciężko przedstawić je nawet na fotografii.
Po delikatnym podejści naszym oczom ukazał się cel naszej podróży. Lago di Baste to malutkie jeziorko, w tym momencie już chyba w większości zarośnięte, w którym odbijają się okoliczne wierzchołki. Jest ono otoczone niewielkim trawiastym wzniesieniem, na którym można usiąść i podziwiać całą okolicę. Wielką zaletą tego miejsca jest to, że jest ono puste. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę w całkowitej samotności i nie wyglądało to jakbyśmy mieli szczęście. Większość drogi od przełęczy pokonaliśmy widząc innych turystów daleko na horyzoncie. Droga powrotna wyglądała dokładnie tak samo.
W ramach podsumowania: serdecznie polecamy Passo Giau i całą jej okolicę. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Tak jak wspomniałem gdzieś na początku, my jechaliśmy tam bez wielkich oczekiwać i bardzo miło się zaskoczyliśmy.

Przed powrotem do Alleghe postanowiliśmy się jeszcze na chwilę zatrzymać w malowniczej miejscowości Colle Santa Lucia. Jej przejście zajmuje dosłownie 10minut, polecamy tam przystanąć i przejść się w stronę widocznego z daleko Kościółka! Będzie to fajne dopełnienie całego wypadu.
Wieczór, tego pełnego niespodzianek dnia, spędziliśmy bardzo miło. Najpierw zjedliśmy najlepszą pizzę w naszym życiu (z gorgonzolą, lokalną kiełbasą i cebulą), a później przez długi czas siedzieliśmy nad naszym Lago di Alleghe i karmiliśmy kaczki i łabędzie. Po takim wypoczynku byliśmy gotowi do podjęcia jakiegoś fajnego wyzwania w ostatnim dniu pobytu.