Miodowe Dolomity #1 - Lago di Coldai


Po czternastogodzinnej podróży, krótkich oględzinach Alleghe i pierwszej włoskiej pizzy byliśmy wykończeni. Planem na pierwszy dzień w Dolomitach był relaks! Z tego powodu postanowiliśmy podjechać autem najwyżej jak to możliwe, chcieliśmy w ten sposób ograniczyć liczbę kilometrów do przebycia na własnych nogach do minimum. Wszystko na razie brzmi jak podróż poślubna? Owszem, ale nie zaczynałbym tej historii w ten sposób, gdyby nie był w niej ukryty jeden, maluteńki haczyk.

Zacznę może od doprecyzowania ograniczenia liczby kilometrów. Zależało nam na jak najmniejszej liczbie czasu spędzonego w samochodzie i na nogach. Wyjątkowo chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć w jakieś ładne miejsce i po prostu tam posiedzieć. Aby nie jechać nigdzie daleko samochodem postanowiliśmy zacząć od spaceru po najbliższej okolicy Alleghe. Z mapy wyczytaliśmy, że wiele ciekawych ścieżek startuje z Piani di Pezzè (1470m n.p.m.).
Na miejsce prowadziła kręta, miejscami bardzo wąska, droga długości około 5km, która swój początek miała zaraz obok naszego hotelu w samym centrum miasteczka. Warto tutaj wspomnieć, że na tych 5km było do zrobienia około 450m przewyższenia. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy podjechać tam naszym samochodem. Parking na cały dzień kosztował nas 4€.
Nazwy szczytów na mapie niewiele nam mówiły. Całe szczęście szlaki były oznaczone według poziomów trudności, więc nie ryzykowaliśmy wpakowania się w trudny teren. Tego dnia mieliśmy ochotę tylko i wyłącznie na coś przyjemnego. Stwierdziłem, że idealną opcją będzie piękne jezioro położone mniej więcej 2100m n.p.m. Zdjęcia zobaczone na internecie utwierdziły nas w przekonaniu, że jest to doskonały wybór.
Nasz szlak startował od krótkiego podejścia po łące, na której co jakiś czas wypasane są owce. Później od razu wkroczyliśmy w fajny, trochę jurajski las. Tam zorientowałem się, że zapomniałem zabrać telefonu z samochodu. Na dzień dobry czekało mnie więc prawie 2km biegu. Po moim powrocie kontynuowaliśmy spacer przez wspomniany las. Po kilku minutach dotarlismy do (chyba) stoku narciarskiego, a tam ogrodzone był małe stadko kóz. Przy nim spędziliśmy oczywiście dobrych kilka minut, zachwycając się małym kózkami, które cały czas śledziły jak cień swoje mamy.
Dalsza wędrówka wiodła wspomnianym wyżej stokiem narciarskim, czy cokolwiek to było. W każdym razie nachylenie wzrosło, słońce operowało bezpośrednio na nas, droga nie miała końca, a jedynym pocieszeniem były pojawiające się coraz lepsze widoczki. Za kilkoma zakrętami dostrzegliśmy innych turystów na horyzoncie. Kierunek ich poruszania dawał nam jasne sygnały - to koniec tej męczarni! Nie wiem czemu, ale nie przepadam za szerokimi stokami. O wiele bardziej wolę węższe, wydeptane ścieżki. Dokładnie na taką trafiliśmy i chwilę później dotarliśmy do Casera Pioda (1840m n.p.m.).
Od tamtego momentu nachylenie terenu stało się uciążliwe. Szlak zaczął prowadzić zakosami, a to oznaczało, że w szybkim tempie nabieraliśmy wysokości. Cały zainwestowany wysiłek bardzo szybko przynosił jednak efekty. Widoki nagle stały się przepiękne, a ogrom i potęga Dolomitów uderzyły w nas po raz pierwszy. Na horyzoncie nagle pojawiła się bardzo majestatyczna Monte Pelmo (3172m n.p.m.), która jeszcze przed chwilą ledwo wystawała zza otaczających ją dwutysięczników.
Po przekroczeniu 2000m n.p.m. uświadomiłem sobie, że zaplanowany spacer wcale nie będzie tym prostym. Tutaj wrócę do tego haczyka z początku posta. Jak się później okazało, trekking z pierwszego dnia był najdłuższym z całej podróży.
Po wielu zakrętach dostrzegliśmy przełączkę, do której prawdopodbnie zmierzaliśmy. Na szlaku pojawiło się kilku innych turystów, a otaczający nas świat stawał się coraz to bardziej skalisty. Naszą uwagę szybko przykuły przepiękne alpejskie kwiatki. Wszędzie było ich pełno i trzeba przyznać, że ich obecność czyniła tamto miejsce wyjątkowym.
Po dotarciu do wspomnianej przełęczy naszym oczom ukazało się Rifugio Sonino al Coldai (2132m n.p.m.). Na pierwszy rzut oka przeraziła mnie ilość przebywających tam ludzi. Wokół schroniska ciężko było wypatrzeć wolne miejsce. Z tego powodu postanowiliśmy przełożyć drugie śniadanie nad jezioro.
Liczba turystów stale rosła i w pewnym momencie, na ostatnim stromym podejściu, zrobiło się po prostu tłoczno. Wokół nas był wielu ludzi różnej narodowości i kilka piesków. Napieraliśmy do góry tak szybko, jak było to możliwe - wszystko w imię odzyskania spokoju. Po osiągnięciu najwyższego punktu szybko zapomnieliśmy o tłumie.
Widok na Lago di Coldai (2143m n.p.m.) był po prostu cudowny. Od razu przystapiliśmy do robienia dziesiątek zdjęć, w każdej możliwej pozycji. Monte Civetta (3220m n.p.m.), która towarzyszyła nam nieprzerwanie odkąd dotarliśmy do Alleghe, z tego miejsca wyglądała zjawiskowo. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, gdy w pewnym momencie podszedł do nas Pan, który nie umiał powiedzieć nic po angielsku i na migi sam zaproponował, że zrobi nam zdjęcie. To dzięki niemu tak ładnie udekorowałem początek tego posta.
Dalej było trochę czasu na jakieś udawane bieganie. Dlaczego udawane? Bo tylko pod perfekcyjne zdjęcia wykonane przez Sonię. To właśnie wtedy swoją obecnością zaskoczył nas pierwszy alpejski świstak w naszej karierze. Niestety nie mogliśmy go długo obserwować, bo włoskie dzieci i ich rodzice szybko go przegoniły. Tutaj wtrące tylko, że Włosi często są dużo głośniejsi niż my Polacy. Rozmawiają i reagują na wszystko o wiele bardziej żywiołowo - musiałem się do tego przyzwyczaić. Warto tutaj jeszcze wspomnieć, że w dole było widać nasze kochane Alleghe. Widok był spektakularny, bo znajdowaliśmy się ponad 1100m wyżej. To robiło wrażenie!
Cała wędrówka nad jezioro zajęła nam około 3godziny. Przyszedł więc czas na powolny powrót. Zanim jednak udaliśmy się w dół, zatrzymaliśmy się obok wspomnianego wcześniej schroniska. Tam zrobiliśmy kolejne zdjęcia, podziwialiśmy przeogromne ściany Dolomitów, piękną dolinkę i zjedliśmy po kilka ciasteczek, które wcześniej kupiliśmy w lokalnym sklepie. Nawiasem mówiąc te same ciastka jem także teraz, bo niczego nieświadoma Sonia właśnie przyniosła je do pokoju - kilka nam jeszcze zostało.
Po powrocie do Alleghe przyszedł czas na odpoczynek, a wieczorem udaliśmy się spacerem do, polecanej na internecie, Pizzerii Al Fornel. Zamówiliśmy tam dwie pizze: jedną z gorgonzolą i szynką, a drugą z oliwkami i anszua. Obie były przepyszne, wspaniale doprawione, a lokal sami też możemy polecić z czystym sumieniem. Podczas tej podróży pojawiliśmy się tam jeszcze kilka razy.
Każda pizza kosztowała nas około 9€, do tego trzeba doliczyć tzw. coperto, które w tym miejscu wynosiło 2€ od osoby. Polecam poczytać sobie o tym przed wyjazdem, żeby nie być zaskoczonym. Od razu zwrócę uwagę także na fakt, że wszystko lokale z jedzeniem są otwarte wieczorami od około 18:00. Warto mieć to uwadze podczas planowania swoich posiłków!
Pierwszy dzień w całości spędzony w Alleghe dobiegł końca. Na naszym koncie 16km trekkingu, kilkaset metrów przewyższenia, pierwsza dobra pizza i ochota na więcej.