Miodowe Dolomity #6 - Lagazuoi


Zabieram się do napisania tego posta od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że podświadomie obawiam się opisać ostatni dzień. Zamknę dziś pewien szczególny etap - analizę naszej podróży poślubnej. Pisanie tego tekstu to nie tylko zrobienie sobie ściągi na przyszłość, to także przeżywanie tamtego dnia na nowo. Zapraszam na podniebny spacer, który zaprowadził nas najwyżej w naszym życiu.

Z poprzednich dni wiadomo już, że podczas tego wypadu kilkukrotnie biliśmy już swoje rekordy wysokości. Za każdym razem było to po kilka, maksymalnie kilkadziesiąt metrów, ale zawsze coś. Ostatniego dnia stwierdziliśmy, że jest piękna, bezwietrzna pogoda i chyba wolimy dokończyć rozpoczęte czwartego dnia dzieło, niż jechać w jakieś nowe miejsce.
Nieudana próba wejścia, o ile można to tak nazwać, na Lagazuoi trochę nas jednak bolała. W sumie nie mieliśmy wtedy planów dotrzeć aż na szczyt, ale po domowej analizie doszliśmy do wniosków, że jednak dalibysmy radę.
Nasze niespokojne dusze szeptały nam, że trzeba tam wrócić! Na sam szyczyt! Długo nie myśląc spakowaliśmy rzeczy, zjedliśmy przepyszczne (znowu!) śniadanko i wyruszyliśmy w drogę.
Serpentyny nie robiły już na nas większego wrażenia. Ja bujając w obłokach wyprzedziłem na nich nawet jakiegoś Włocha. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że z zawalidrogi stałem się całkiem niezłym użytkownikiem tych bajecznych dróg.
Jeszcze w hotelu postanowiliśmy, że pierwszą część trasy ja pokonam biegiem, a Sonia będzie spokojnie podchodziła. Miałem dobiec do miejsca, do którego dotarliśmy poprzednim razem, później spokojnie zbiec i razem z Sonią wejść na szczyt. Moim celem podczas biegu było oczywiście odbicie stravowego segmentu. Po niesamowitej walce teoretycznie mi się to udało. Dlaczego teoretycznie? Bo delikatnie pomyliłem trasę i zrobiłem jakieś 100m przewyższenia więcej! Pomimo tego i tak miałem czas lepszy o ponad minutę od prowadzącego tam zawodnika. Niestety strava nie zaliczyła mojej próby i zdobyłem jedynie jeden z segmentów pośrednich - dobre i to.
Po tej nikomu niepotrzebnej walce zacząłem powoli zbiegać do Soni. Wracając mijałem ludzi, którzy chwile wcześniej mocno kibicowali mi na podbiegu. We Włoszech ludzie trochę inaczej traktują biegaczy - przez chwilę czułem się jak gwiazda sportu. Wszyscy mówili miłe rzeczy, uśmiechali się, przybijali piątki i zadawali czasami jakieś pytania, których niestety nie rozumiałem.
Szybko okazało się, że w międzyczasie Sonia podeszła o wiele wyżej niż się spodziewałem. Spotkaliśmy się powyżej 2400m n.p.m. Do szczytu pozostało nam zatem niecałe 400m w pionie.
Czas leciał bardzo szybko. Otaczały nas cudowne widoki, a pogoda tamtego dnia była piękna i stabilna. Dzięki temu kompletnie nie było się czym martwić i spokojnie napieraliśm do góry. Na zakosach prowadzących do schroniska wpadliśmy niestety w tłum. Ile sił w nogach staraliśmy się wyprzedzać kolejne osoby żeby mieć troche spokoju.
Po drodze podziwialiśmy bunkry z I wojny światowej. Tunele są poprowadzone ponoć przez całą górę. My niestety nie mieliśmy latarek, więc wchodziliśmy do nich tylko na kilka metrów. W sumie nie żałujemy, bo nie czuliśmy się tam najlepieje.
Po dotarciu do schroniska stwierdziliśmy, że najpierw lecimy na szczyt (2778m n.p.m.), a dopiero później odpoczywamy. Widoki przy Krzyżu, nawiasem mówiąc najładniejszym jaki widziałem na szczycie góry, były po prostu obłędne! Nie da się ich opisać żadnymi znanymi mi słowami. Warto po prostu tam wejść i samemu to zobaczyć! Polecam! Przy okazji polecam przejść się tarasem widokowym. Jest to taka metalowa kontrukcja, która pozwala zobaczyć górę i otaczający nas świat z nieco innej perspektywy.
Po zaliczeniu widoczków przyszedł czas na wizytę w Rifugio Lagazuoi (2752m n.p.m.). Tam wypiliśmy pyszną kawkę w najwyższym miejscu w życiu. Tak wysoko kawy jeszcznie nie piliśmy. Później czekało nas zejście, na którym cały czas z uśmiechami na twarzy analizowaliśmy całą wyprawę.
To był pełen emocji dzień. Osiągnięcie najwyższego punktu w życiu zawsze wiąże się z dużymi emocjami. Wieczorem potrzebowaliśmy się wyciszyć, dlatego po kolacji spędziliśmy około godzinę na karmieniu łabędzi oraz kaczek. Było to idealnie zakończenie całej podróży, która na zawsze zapadnie w naszej pamięci. Pokochaliśmy Dolomity i na pewno wrócimy tu jeszcze w przyszłości! Oby niedalekiej!