Miodowe Dolomity #2 - Cinque Torri


Po teoretycznym wypoczynku podczas poprzedniego dnia, przyszedł czas na odwiedzenie pierwszego miejsca, które było polecane przez kilka blogów, które przeglądaliśmy przed przyjazdem w Dolomity. Miejscem tym będzie Cinque Torri. Pięć wież, które na zdjęciach mocno przypominały polską Maczugę Herkulesa - przynajmniej my mieliśmy takie skojarzenia. Po dotarciu do celu okazało się jednak, że bardzo się myliliśmy, a krótka wycieczka stała się niesamowitym przeżyciem.

Kolejny dzień zaczęliśmy od pysznego śniadanka w naszej restauracyjce na dole. Obsługa naszego hotelu była szalenie miła i miałem wrażenie, że każdego dnia czuję się tam coraz lepiej i swobodniej. Brak pośpiechu z rana to niesamowite udogodnienie - bardzo dzięki temu odpoczywaliśmy.
Jeszcze przed wyjazdem poświęciłem chwilę na przeanalizowanie mapy. Oznaczyłem sobie na GPS dokładną lokalizację interesującego mnie parkingu, zapamiętałem punkty charakterystyczne naszej trasy i dopiero wtedy uznałem, że jestem gotowy do drogi.
Chwilę później byliśmy już w samochodzie i kierowaliśmy się w kierunku Passo Falzarego (2105m n.p.m.). Drogę na tą piękną przełęcz pokonamy podczas naszego pobytu jeszcze wielokrotnie, tymczasem przed nami pierwszy, dlatego bardzo emocjonujący, podjazd. 17 ostrych zakrętów, które trzeba podjechać aby osiągnąć cel, to świetna zabawa, która nie znudziła mi się do samego końca. Najlepsze jest to, że podczas tych około 30stu kilometrów przez cały czas mamy przepiękne widoki i można powiedzieć, że podziwianie gór zaczęliśmy równo z wyjściem przed nasz hotel.
Tym razem nasza podróż samochodem nie kończyła się na przełęczy, bo musieliśmy ją minąć i zjechać kawałek w dół, w kierunku miasta Cortina D'ampezzo. Po dotarciu na miejsce pierwsza miła niespodzianka - ogromy parking (wielkości tego na Palenicy Białczańskiej), który jest... darmowy! Byliśmy w szoku, że nie trzeba nić płacić - jednak da się!
Po znalezieniu naszej ścieżki oddaliśmy się podziwianiu widoczków. Na początek mijaliśmy Lago Bai de Dones - małe, klimatyczne jeziorko, które potwierdziły właściwy wybór drogi. Już tutaj zauważyliśmy, że jesteśmy kompletnie sami. Wyciąg, który startował bezpośrednio z parkingu, był chyba zbyt kuszący dla większości ludzi, a kiepskie oznaczenia początku szlaku także dorzuciły do tej sytuacji swoje kilka groszy. Widzieliśmy wielu turystow, którzy zamiast iść szlakiem, podchodzili do góry stokiem narciarkim wzdłuż wyciągu - idę o zakład, że nie byli świadomi tego co robią!
Przed nami stosunkowo krótki spacer, więc nigdzie się nie spieszymy. Mamy do pokonania raptem 3.5km w jedną stronę, więc jak na nasze możliwości, to można powiedzieć, że lekka rozgrzewka. W głębi duszy bardzo nas to cieszy i korzystamy jak tylko możemy z każdej chwili w pięknym, jurajskim lesie. Dlaczego jurajskim? Bo otaczały nas porozrzucane skały, które wyglądem pasują właśnie do tej krainy geograficznej, a drzewa były porośnietę sporą ilością przeróżnych roślin - coś podobnego widziałem we Francji.
Mniej więcej w połowie drogi weszliśmy na drogę asfaltową. Nie zaskoczyło nas to jednak, bo przed wyjściem czytałem, że istnieje możliwość dojechania do schroniska, które ma być nieopodal celu naszej wędrówki.
Za jednym z zakrętów, bez najmniejszego ostrzeżenia, uderzyły w nas przepiękne, wręcz niesamowite widoki. Od tamtego momentu poziom naszego zachwytu nie spadł przez kilka następnych godzin. Z każdym krokiem pojawiały się nowe formacje skalne, które zapierały dech w piersiach.
Po dotarciu pod Rifugio Cinque Torri (2137m n.p.m.) nawet przez myśl nie przeszło nam, aby się zatrzymać. Byliśmy bardzo ciekawi co zobaczymy po podejściu do góry, w kierunku Cinque Torri. Nie rozczarowaliśmy się - po kilkudziesięciu metrach przewyższenia świat zmienił się nie do pozniania. Otaczały nas ogromne, pionowe ściany, pod którymi wykonaliśmy kolejną, obfitą w powtórki, sesję fotograficzną. W międzyczasie podziwialiśmy wspinaczy, którzy walczyli z tymi kolosami.
Po przejściu szczeliny między dwiema kolejnymi skałami jak także uległem presji otoczenia. Nie dałem rady i poprosiłem Sonię o chwilę na bieg. Teren był tak kuszący, że nie mogłem tam ustać w miejscu. Chwilę później podbiegałem już w kierunku Rifugio Averau (2413m n.p.m.), a głównym celem mojego podbiegu był szczyt Nuvolau (2575m n.p.m.). Nieświadomy tego jak wysoko biegnę, walczyłem jak lew z oddechem, a po kilkunastu minutach byłem już na samej górze. Dopiero tam zorientowałem się, że pobiłem swój życiowy rekord wysokości i zrobiłem to biegiem! Niesamowite uczucie, a ten wyjątkowy moment podbili jeszcze turyści, którzy zrobili sobie ze mną zdjęcia i gratulowali wybiegnięcia na szczyt. Fajna sprawa!
Po powrocie do Soni pokręciłem się jeszcze po okolicy biegiem. Sonia na pewiem moment straciła mnie z pola widzenia i trochę się tym zmartwiła. Całe szczęście szybko się odnaleźliśmy i mogliśmy przystąpić do drogi powrotnej do samochodu. Tym razem postanowiliśmy zejść stokiem, bo nad naszymi głowami zaczęły się zbierać coraz ciemniejsze chmury i uznaliśmy, że to czas na szybką ewakuację.
Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, bo około 200m od samochodu zaczęła się ulewa - i to konkretna! Po dosłownie chwili byliśmy już mocno przemoczeni, uciekaczka do samochodu okazała się więc zbawienna. Burzę postanowiliśmy przeczekać w samochodzie. Mieliśmy szczęście, bo skończyła się bardzo szybko i mogliśmy ruszyć w drogę do Alleghe.
Zanim jednak tam dotarliśmy, zrobiliśmy sobie małą przerwę na kanapki i spacerek do Castello di Andraz. Jest to mały zamek, niedaleko od Passo Falzarego. Przyjemna opcja na zabicie kilku chwil i relaks po górskiej wyrypie.

Do pokoju dotarliśmy dosłownie wykończeniu. Zrobiliśmy długi odpoczynek i dopiero późnym wieczorem zdecydowaliśmy się wyjść coś zjeść. Tym razem udaliśmy się 3.5km od naszego gotelu, do Ristorante El Ciamin na spaghetti.
Makaron był po prostu obłedny. Sonia zjadła carbonarę, a ja alla bolognese. Do tego wypiliśmy pyszną kawkę i herbatkę, a wszystko w przytulnej, małej knajpce z bardzo miłą obsługą. Ceny w tamtym miejscu kształtowały się bardzo podobnie, jak we wspomnianej w poprzednim wpisie, pizzerii. Danie kosztowało nas około 9€, a coperto wynosiło 2€ od osoby. Zapewniam jednak, że było warto i serdecznie polecam El Ciamin jak będziesz w tamtej okolicy.
Tak w wielkim skrócie spędziliśmy drugi dzień w Dolomitach. Przed nami odpoczynek, bo trzeciego dnia szykowaliśmy się na prawdziwą perełkę!

Na koniec chciałbym zrobić krótkie podsumowanie. Cinque Torri zrobiło na nas ogromne wrażenie. Widokowo było to jedno z piękniejszych miejsc jakie w życiu widziałem. Jego łatwa dostępność sprawia, że można polecić spacer tam niemal każdemu, zwłaszcza rodzinom z dziećmi. Da mnie punkt obowiązkowy wyjazdu w Dolomity.