Plany na przyszłość 10 Historia zawodów 91 Blog 129 Tatry 42 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie 2 Sprzęt Statystyki

Grivel Maraton Babia Góra


Pod koniec poprzedniego roku zapowiadałem, że w 2018 będę się skupiać na górskich maratonach ze sporym przewyższeniem. Po wielu miesiącach przygotowań nareszcie mogłem się sprawdzić na bardzo wymagającej trasie po masywie Babiej Góry.

Zacznę od tego, że maraton po Babiej Górze był chyba pierwszym biegiem górskim jaki mi się zamarzył. Wydawało mi się, że długi czas oczekiwania na ten start pozwoli mi się odpowiednio przygotować i przystąpić do zadania w pełnej gotowości. Gotowość może była, ale Babia Góra i tak zawsze znajdzie wszystkie nasze słabe punkty i je wykorzysta.
Na bieg udałem się z kolegą Mateuszem. Podróż minęła nam bardzo szybko, zwłaszcza, że mieliśmy do poruszenia wiele bardzo ciekawych tematów. Na miejscu byliśmy jeszcze przed otwarciem biura zawodów, więc była chwila na złapanie oddechu. Podczas odbierania pakietów czekała nas kontrola obowiązkowego wyposażenia, a później był już tylko relaks przy kolejnych rozmowach i kawie.
Start biegu był zaplanowany na bardzo nietypową godzinę jak na biegi górskie, bo dopiero na 10:00. Powodem był pewnie fakt, że na trasie walczyli już uczestnicy dłuższych dystansów i mieliśmy się synchronizować z nimi podczas wbiegania na metę. Konsekwencją tego była duża szansa, że po drodze trafimy na burzę.
Po starcie od razu starałem się trzymać czołówki. Dość szybko udało mi się zająć miejsce w pierwszej trójce, a później starałem się to po prostu utrzymać. Do szczytu Babiej Góry biegliśmy Percią Akademików. Wiedziałem, że czeka mnie tam walka z łańcuchami i niemal pionową ścianą. Jako, że uwielbiam takie miejsca, to bawiłem się doskonale i na wierzchołku zameldowałem się po godzinie i niecałych 8minutach.
Dalej niestety nie było już tak kolorowo. Mordercze tempo na podejściu odebrało troszkę sił, a techniczny zbieg po skalnych stopniach nie był idealnym miejscem do odpoczynku. Podobnie było później: poruszaliśmy się poza znakowanymi szlakami. Pierwszym z wielu problemów była tam nawigacja. Taśmy były rozwieszone dość rzadko, dlatego bardzo cieszyłem się, że tym razem ubezpieczyłem się i wgrałem sobie trasę na zegarek. Bez tego byłoby o wiele trudniej. Kolejnymi przeszkodami była spora ilość powalonych drzew oraz wszechobecne krzaczory, które katowały moje nogi na maksa. Ostatnim etapem podróży do pierwszego punktu kontrolnego była ekstremalna przeprawa przez potok. Palce u stóp prawie mi zamarzły. Na punkcie byłem mocno zmęczony, a w nogach nie było nawet 20stu kilometrów. Dodatkowo dowiedziałem się, że jestem... 4ty! Okazało się, że kilka osób pogubiło się i skróciło trasę, co spowodowało, że lekko pomieszały nam się miejsca.
Droga do drugiego punktu przebiegła mi bardzo spokojnie. Skupiłem się, aby lekko odpocząć i wrócić do odpowiedniego tempa biegu. Martwiły mnie tylko zbierające się nad nami chmury. Wiedziałem, że nie ma szans dotrzeć do mety bez chociaż chwilowego spotkania z burzą. Na punkcie miałem kontrolę sprzętu. W międzyczasie uzupełniłem płyny i zjadłem kilka kawałków arbuza. Później czekało mnie ciężkie podejście na Małą Babią. Już na samym jego początku pojawił się problem. Złapała mnie mocna ulewa i po chwili byłem mokrusieńki. Całe szczęście nie trwało to długo, a że był bardzo to upalny dzień, szybko udało mi się wysuszyć. Nieopodal szczytu Małej Babiej Góry zaczęło grzmieć. Stwierdziłem, że muszę jak najszybciej dostać się na górę i szybko uciekać w dół. To mi się udało, ale kolejny raz musiałem później odpoczywać na zbiegu.
Do ostatniego punktu, na około 36km, dotarłem kolejny raz mocno zmęczony. Stwierdziłem, że ostatnie tego dnia podejście pokonam spokojnie. Liczyłem, że nie dogoni mnie czwarty zawodnik i będę mieć komfortową sytuację przed zbiegiem do mety. Warto tutaj wtrącić, że na trasie ciągle docierały do mnie inne informacje. Niektórzy mówili, że jestem trzeci, inni, że czwarty, a jeszcze inni, że piąty. Wiedziałem jednak, że tak naprawdę mam trzecią pozycję i tego się cały czas trzymałem. Ku mojemu zdziwieniu nagle zauważyłem czwartego zawodnika. Był dosłownie kilkadziesiąt metrów za mną. Dotarło do mnie, że straciłem całą przewagę i albo zacznę teraz biec na poważnie, albo stracę pozycję w top3 tego biegu.
Nie myśląc zbyt długo zacząłem podbiegać. Do schroniska na Markowych Szczawinach dotarłem mega zmęczony, ale nawet przez myśl nie przeszło mi, aby się tam zatrzymywać. Zacząłem zbiegać ile sił w nogach, co jakiś czas oglądając się za siebie. Całe szczęście szybko udało mi się zbudować fajną przewagę, bo czwarty zawodnik zniknął mi całkowicie z pola widzenia. Żeby nie było zbyt kolorowo, to na około 5km przed metą złapała mnie kolejna burza. Tym razem nie było zabawnie, bo była potężna ulewa, a kilka uderzeń piorunów był dość blisko. Nawet nie zakładałem kurtki, bo nie miało to już najmniejszego sensu. Zbiegałem ile fabryka dała, przeskakując kolejne mikro strumyki, które tworzyły się z sekundy na sekundę. Po niesamowitej walce z samym sobą i siłami natury wybiegłem z lasu i byłem pewny, że na mecie pojawię się jako trzeci zawodnik na moim dystansie.
Tam okazało się, że jednak na mecie jestem czwarty. Poszedłem to wyjaśnić, a w biurze zawodów spotkałem znajomego biegacza Grzegorza. Okazało się, że On był jednym z tych, którzy skrócili nieco dystans. To był powód, dlaczego na mecie byłem czwarty. Cała sytuacja została później jednak wyjaśniona i oficjalnie uzyskałem magiczne trzecie miejsce open. Mój czas to 5godzin 55minut i 44sekundy.
Gdy się zapisywałem na ten bieg, to przez myśl nawet mi nie przeszło, że uda mi się tutaj tyle ugrać. Złamanie 6ciu godzin wydawało mi się nierealne, a jak dodam do tego jeszcze te okropne warunki pogodowe, to już w ogóle nie rozumiem jak mi się to udało. Jestem bardzo zadowolony z tego, co udało mi się wywalczyć podczas tego biegu.
Zawody oceniam jako bardzo trudne pod każdym względem. Czułem się bardzo dobrze przygotowany, lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a zostałem wypunktowany bez litości. W tym roku ponownie nikt nie ukończył morderczego 6xBabia. Dopiero po ukończeniu tego maratonu jestem w stanie zrozumieć chociaż w kilku procentach jaki jest to wysiłek i jak bardzo trudne jest to zadanie. Smutne było obserwowanie niektórych niepowodzeń. To dość niespotykany widok, że meta jest miejscem tak wielkich rozczarowań.
UltraBabia to na pewno bardzo wyjątkowe zawody. Za rok miałem plan wystartować na dłuższym dystansie i powalczyć z 3xBabia. Teraz jestem pewny, że tego nie zrobię. Zawody są zbyt ekstremalne, a ja będę mieć chwilę później jeden z najważniejszych dni w swoim życiu prywatnym. Wolałbym tego dnia móc chodzić o własnych siłach. Do tematu wrócę może za 2 lata.
Na koniec chciałbym pogratulować i jednocześnie podziękować Mateuszowi za świetny wspólny wypad. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze razem gdzieś powalczyć. Dziękuję także wszystkim za trzymane w domach kciuki. Na trasie dało się odczuć wielkie wsparcie, które kolejny raz zaprowadziło mnie do mety w dość dobrym czasie, a przede wszystkim w zdrowiu. Teraz czas wracać do dalszej pracy, bo jeszcze jest wiele do poprawy!

Tutaj zapis moich zmagań :)