Górska Przygoda w Wiśle 2019


Ostatnim przetarciem przed finałem tegorocznego sezonu był start w Górskiej Przygodzie w Wiśle. To kolejny bieg, który był na mojej liście biegów, które chcę odwiedzić, od dobrych 2-3lat. W tym roku uznałem, że potrzebuję takiego ściganka i na start udałem się z bardzo dobrym humorem. Przygotowania były co nieco zakłócone, ale stwierdziłem, że nie może mi to przeszkodzić w dobrej zabawie.

Do Wisły udaliśmy się z Sonią, która zapisała się na bieg kilka dni wcześniej. Już na dzień dobry spotkaliśmy znajomych z Gliwic. Do Hotelu Podium, gdzie mieściło się biuro zawodów, dotarliśmy bardzo wcześnie i mieliśmy około 2 godziny na pogaduchy. Ogromna liczba spotkanych znajomych pozwoliła spędzić ten czas w ekspresowym tempie.
Bardzo podobnie rozpoczęliśmy bieg. Pierwsze metry zostały pokonane przy zawrotnej prędkości, a ja musiałem się sporo napocić żeby utrzymać się w czołówce. Po oddechach otaczających mnie ludzi wiedziałem jednak, że można nieco zwolnić, a robota zrobi się sama.
Już na pierwszym podbiegu biegnę na trzeciej pozycji i spokojnie oddalam się od reszty. Z przodu leci Marcin Kubica, którego nie miałem najmniejszych szans gonić, oraz nieznany mi zawodnik. Ten drugi wyglądał bardzo mocno i wiedziałem, że będzie bardzo ciężko z Nim powalczyć.
Długo nie dawałem za wygraną, ale z biegiem czasu kosztowało mnie to coraz więcej sił. W pewnym momencie stwierdziłem, że muszę odpocząć, bo zaraz wejdę na straszny dług energetyczny i mogę zaliczyć spektakularny zjazd - wtedy była przede mną jeszcze połowa biegu!
Zabawa zaczęła się na górze. Sypał tam śnieg, a towarzyszył mu marznący deszcz. Zrobiło się bardzo zimno, więc zacząłem zbiegać ile sił w nogach. Po chwili stwierdziłem, że w sumie całkiem nieźle się czuję i postanowiłem przyspieszyć. Kilometry uciekały jak szalone, a ja przestałem widzieć goniących mnie zawodników. Przez chwilę zacząłem nawet doganiać zawodnika z drugiej pozycji, ale okazało się, że odpoczywał i po chwili znowu wszystko wróciło do normy.
Sytuacja nie uległa już zmianie do samej mety. 16.9km [+/-700m] pokonałem w 01:14:39, dało mi to 3 miejsce open oraz 2 w mojej kategorii wiekowej. Stanąłem na podium z Marcinem, co bardzo mnie cieszy i na pewno zostanie w mojej pamięci. Chłopak ma przed sobą kosmiczną przyszłość, fajnie załapać pamiątkowe foto już teraz.
Po biegu przyszedł czas na odpoczynek i oczekiwanie na Żonę i znajomych. Sonia wpadła przemoczona i zmarznięta. Nie da się ukryć, że pogoda nie było zbyt dobra do biegania. Listopad pokazał pazur. Całe szczęście oboje dotarliśmy do mety cali i zdrowi.

Górska Przygoda przechodzi do historii. Przekonałem się, że umiem szybko zbiegać, ale nadal czeka mnie kawał pracy nad sobą. Całe szczęście zaczynam układać te wszystkie klocki już w jedną całość, także będzie dobrze. O tym napiszę kiedyś osobnego posta, bo może komuś się przyda przeczytanie mojego spojrzenia na sport.