Gliwicka Dycha


Start w Gliwickiej Dyszce zaplanowałem kilka miesięcy temu z dwóch powodów. Po pierwsze uznałem, że fajnie będzie pobiec coś płaskiego w ramach przygotowań do listopadowych kolosów (Piekło Czantorii oraz SpeedLeśnik), po drugie chciałem się pościgać z Dominikiem, który w maju był po kontuzji i walka była nierówna.

Chwilę przed startem okazało się, że Dominik nie biegnie i drugi z moich powodów przestał istnieć. Nie ukrywam, że moja motywacja mocno się zachwiała, ale i tak postanowiłem walczyć ile sił w nogach.
Podczas odbierania pakietów widziałem ogromną kolejkę do stanowiska z zapisami na bieg. Wiedziałem, że konkurencja zwiększy się drastycznie. Potwierdził to późniejszy post na Facebooku, który głosił, że miejsca na 10km skończyły się. Osobiście bardzo się z tego cieszyłem, bo liczyłem, że nie będę biegł sam.
W sobotę oczywiście spotkałem tłumy znajomych. Ciężko ze wszystkimi było zamienić więcej niż jedno zdanie, ale wszystkich pozdrawiam! Na rozgrzewkę nie było dużo czasu, więc mobilizacja przyszła nagle i niespodziewanie.
Początek biegu bardzo fajny. Pilnowałem żeby się nie zajechać na pierwszych 2km i to mi się udało. Gdy zaczynałem łapać kryzys, z daleka zobaczyłem na trasie Sonię. Taką zrobiła mi niespodziankę, że natychmiast odżyłem i przycisnąłem następne kilometry. Umarłem dopiero na piątym. Parku Chopina nie chcę pamiętać. Kręta trasa mnie dobijała, a ja starałem się trzymać swoje tempo. Było ciężko i tyle wystarczy, nie ma się co dłużej rozpisywać.
Stan ten utrzymywał się do około 9go kilometra! Po drodze wyprzedziło mnie dwóch zawodników, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo i tak nie wiedziałem który dokładnie jestem. Zawodnicy dwóch dystansów tak się wymieszali, że całkowicie straciłem rachubę. Gdy zaczęło pachnieć metą spotkałem Janusza z aparatem. Krzyknął do mnie, że chyba jestem trzeci na swoim dystansie i tym całkowicie mnie odbudował. Wróciłem do swojego rytmu i doleciałem do mety rzeczywiście na trzeciej pozycji! Kompletnie się tego nie spodziewałem - pomimo kiepskiego wyniku dostałem nagrodę :)
Uważam, że to na zachętę za ostatnie przeziębienie, które lekko pokrzyżowało mi plany. Ostatecznie 10.5km (bo tyle liczyła sobie trasa) pokonałem w 38minut i 16sekund (średnio 3:38 na kilometr). Jestem z tego czasu średnio zadowolony, uważam, że stać mnie na lepsze bieganie. Na plus początek i koniec biegu, oraz radzenie sobie z oddechem. Czuję, że znoszę trudy biegu na takim dystansie coraz lepiej. Doświadczenie? Pewnie tak, ale o to chodziło.
Na koniec serdecznie gratulacje wszystkim znajomym za super wyniki. Niektóre życiówki naprawdę robią wrażenie. Wczoraj był dobry dzień do biegania, tymczasem ja lecę dalej, bo listopad nadchodzi wielkimi krokami. Tam czeka mnie trzykrotne ściganko ;)