Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Festiwal Biegowy - debiut w Ultramaratonie


"Szczęśliwi biegają Ultra" oraz "każde Ultra trochę boli". Tak, dowiedziałem się na właśnej skórze, co dokładnie oznaczają te hasła. Czekałem na ten dzień prawie rok, walczyłem do końca żeby wystartować. Ukonczenie tego biegu, to jak spełnienie moich biegowych marzeń, ale także początek nowej drogi. Drogi, do której biegłem od 2.5 roku.

Droga do Krynicy, pakiety, przygotowania

Jednym słowem - piątek. Koło 5:00 wyjechaliśmy z Gliwic, droga zajęła nam aż 7(!) godzin. Wszystko przez napotkany po drodze wypadek pod Krakowem. Około 12:00 dotarliśmy na miejsce. Najpierw odbiór pakietów, później pizza! Nie można przecież lecieć tyle kilometrów bez odpowiedniej ilości paliwa :). Później wrzuciliśmy rzeczy do pokoju i polecieliśmy na odprawę. Tam dowiedzieliśmy, że jest na trasie trochę błota. Później okazało się, że wcale nie było tak źle. Po powrocie do budynku przyszedł czas na pakowanie, planowanie przepaków, piwko i sen. Rano musiałem wstać około 4:00. Zebrałem wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyłem w stronę ul. Ebersa, nieopodal Pijalni Głównej. Przed 6:00 wbiliśmy z Michałem do podstawionego autobusu i pojechaliśmy do Rytra. Tam mieliśmy około godzinkę na oddanie worków z rzeczami na przepaki i rozgrzewkę. O 8:00 wyruszliśmy w największą przygodę naszego życia.

Rytro - Piwniczna Zdrój

Pierwsze 2km biegliśmy po asfalcie. Testowałem sprawność swojej prawej stopy i wyglądało to... słabo. Pięta nadal trochę bolała, a w dodatku nabawiłem się jakiegoś niemiłego odcisku w piątek. No trudno, trzeba walczyć. Po chwili wbiegamy na drogę gruntową. Trasa była bardzo wąska, zrobił się lekki zator. Nie było jednak źle i po chwili zaczęliśmy pierwsze, ale od razu solidne podejście w górę. Pierwszy punkt żywieniowy znajdował się na 11km pod Schroniskiem na Hali Przehyba. Byłem tam już nieźle sponiewierany, na trzecim kilometrze rozerwał mi się bukłak :(, a od dziewiątego km strasznie paliła mnie stopa. Podczas przerwy spróbowałem pomarańczy. Normalnie za nimi nie przepadam, tam były cudowne. Lecę dalej, po chwili jestem na szczycie Radziejowej (1262m) - był to najwyższy punkt całej trasy. Dalej zostaje dość ostry zbieg, aż do Piwniczniej. Pomimo tego, że był to około 12-15km trasy już miałem za sobą pierwszy poważny kryzys. W tym czasie wysłałem szybko wiadomość do rodzinki. Po drodze spotkałem też znajomych, którzy walczyli na trasie 100km - Roberta oraz Dawida. Z Dawidem przebiegłem kawałek trasy, fajnie było chwilę porozmawiać. Wspomniany wcześniej odcisk zakleiłem plastrem jeszcze przed wyjściem z domu. Już w tym momencie trasy miałem wrażenie, że totalnie się zwinął i wżynał w mój palec jak coraz mocniej zaciskający się pierścień. Po zdjęciu skarpety okazało się, że jest on na swoim miejscu, byłem lekko zdziwiony, postanowiłem jednak biec dalej bez niego. Taka pierdoła, a dała mi nieźle popalić. Na zbiegu pierwszy telefon do Mamy. Odebrała Siostra, radośnie sobie zbiegałem i przekazałem Jej co u mnie. Wtedy było nieźle, dobre tempo, wizja pierwszej przerwy, jedzenia, które czekało na mnie w przepaku, napędzała mnie. Poznałem wtedy wspaniałych biegaczy z Drużyny Szpiku, kolejna wielka zaleta biegów Ultra - każdy jest przyjacielem! W międzyczasie wymieniłem też kilka wiadomości z Sonią, która o 12:00 startowała z Piwnicznej Zdrój w biegu na 34km. Przekazałem Jej, że nie dam rady dotrzeć tam przed Jej startem. Byłem na miejscu niestety dopiero o 12:06. Sonia już na trasie, a ja na przepaku. Tam zjadłem kabanosy, chyba ze 3. Był tez rogal z czekoladą, bułeczki maślane oraz pomarańcza. Nadal wyznaję zasadę, że normalne jedzenie ponad żele! Stopę posmarowałem maścią, zmieniłem koszulkę oraz skarpetę i lecę dalej.

Piwniczna Zdrój - Krynica

Wybiegam z przepaku i od razu dramat. Podejście po asfalcie totalnie mnie zniszczyło. Było już południe, zaczął się potworny upał, a my napieramy przez... pola. Niestety do mojej głowy wkradła się wtedy myśl, że mam za sobą 30km, a do końca jeszcze 34! Zrobiło mi się smutno, ale stwierdziłem, że trzeba walczyć. Tyle osób we mnie wierzy, nie mogę się poddać. Lecę dalej, a raczej idę. Widoki pięknę, ale ledwo je widzę. Mam czarne plamy przed oczami. Zdecydowanie brakowało mi płynów. Tutaj uświadomiłem sobie jak ogromną stratą był bukłak. Na szczęście po niedługim czasie znalazłem mały strumyk i uzupełniłem wodę. Napieram dalej, nagle podbiega do mnie biegacz Krzysiek, strasznie mnie zmotywował i razem docieramy na miejsce drugiego przepaku - pod Hotelem Wierchomla. Tam telefon do rodzinki + 2 cole. Trochę odżyłem, ruszam i dowiaduję się, że zbliżam się do najtrudniejszego momentu trasy. Czekało nas podejście pod wyciąg narciarski. Pokonałem je z dwoma biegaczami ze Śląska. Fajnie się rozmawiało i udało się pokonać ten odcinek dość sprawnie. Na samej górze kolejny raz pięknie widoki, ale brak lasu znowu dawał się we znaki. Następnie czekał nas zbieg do Szczawnika. Później wpadłem w kolejny kryzys. Kontrolowałem czas i starałem się jak najszybciej dotrzeć do ostatniego punktu kontrolnego do Schroniska nad Wierchomlą.Tam zameldowałem się około 17:00 - miałem 3 godziny do końca limitu i byłem totalnie bez sił. Szybki telefon i lecę dalej. Starałem się jak tylko mogłem robić każdy kolejny krok. Czas zatrzymał się w miejscu, a dotarcie do ostatniego szczytu przez chwilę wydawało się niemożliwe. Zadzwoniłem do Mamy, trochę pogadaliśmy i nagle zdobyłem Runek. Powiedziałem Mamie, że zadzwonię z mety i poleciałem na dół. Zostało mi 9,5km, tego już nie dało się odpuścić. Nogi bolały jak diabli, ale starałem się cały czas zbiegać (lub przynajmniej udawać, że to robię). Moment, w którym usłyszałem spikera na mecie był cudowny. Dodało mi to skrzydeł i popędziłem do mety.

Podsumowanie

Na mecie nie byłem w stanie myśleć. Sonia coś do mnie mówiła, ale nie bardzo ogarniałem sytuację. Po dotarciu do naszego budynku upiłem pół piwka i padłem. Dziś czuję się już o wiele lepiej, wyciągam pierwsze wnioski. Jestem z siebie dumny, że pomimo tych kilku przeciwności udało mi się ukonczyć bieg. Ultra miało boleć i bolało. Bolało jak cholera, ale było świetnie. Zupełnie inny świat, wspaniali ludzie i niesamowite emocje (co kilka minut zupełnie inne!). Kocham to już teraz i czekam na więcej. Dla takich biegów warto żyć. Muszę jednak zaznaczyć, że sprzęt jest ważny, koniecznie muszę zainwestować w nowe, lepsze buty. Bieg przez x godzin z wrażeniem, że w bucie pod stopą siedzi żar lub coś podobnego to naprawdę nic przyjemnego. Reszta wniosków pewnie przyjdzie w ciągu kilku najbliższych dni. Do mety dotarłem w 10godzin 47minut 26sekund. Tutaj jest zapis mojej trasy. Ultramaratończykiem jeszcze się nie nazwę, bo jeden bieg to za mało. Mam już jednak jakieś małe doświadczenie, wiem ile to kosztuje. Na pewno będę walczyć dalej. Czas na regenerację, wnioski i lecimy dalej z tematem. Do usłyszenia!
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)