Trzeci raz na Eliminatorze


Podwójna randka z Czantorią na zakończenie sezonu staje się moją małą tradycją. Możliwość obserwowania jak rozstrzygają się losy Ligi Biegów Górskich z perspektywy zawodnika goniącego czołówkę jest silniejsza, niż potrzeba odpoczynku po Piekle Czantorii. Zapraszam na szybką notatkę z kolejnych kilku upojnych godzin spędzonych na moim ulubionym stoku.

Kolejny sezon biegowy za mną. Ten był chyba jeszcze szybszy niż poprzednie. Wydaje się jakbym dopiero wczoraj walczył podczas Eliminatora 2017.
Wywalczenie czarnej opaski było rok temu priorytetem. W tym roku nie było to już tak fascynujące, bo znałem smak tego osiągnięcia - chyba głównie to było powodem mojego luźnego podejścia do tegorocznych zawodów. Oczwyście zależało mi żeby wejść ponownie do finału, ale chciałem to zrobić bez większej spiny.
Na miejscu spotkałem dziesiątki znajomych twarzy. Każdego roku poznaję nowe osoby i na takim zakończeniu sezonu robi się dzięki temu naprawdę rodzinnie. Pozdrawiam wszystkich i dzięki za miłe rozmowy ;)
Wróćmy jednak do biegania. Start pierwszej serii zaplanowany był na 10:00. Miałem trochę czasu na pseudo-rozgrzewkę i zbudowanie w głowie odpowiedniego nastawienia, które podczas tych zawodów to konieczność. Później zaczęła się masakra.

Pierwsza seria to spokojne (o ile pod Czantorię da się podchodzić spokojnie) napieranie do góry. Nie spinałem się specjalnie, a i tak udało mi się na dzień dobry poprawić najlepszy czas z tamtego roku. Na mecie zameldowałem się po 17minutach i 20sekundach na 17pozycji.
W drugiej serii miałem zamiar się spiąć. Niestety kompletnie nie byłem w stanie tego dnia odpalić. Czułem, że Piekło siedzi we mnie o wiele bardziej niż rok temu. Może to też kwestia mniejszej motywacji? Nie wiem. Fakt jest taki, że psychicznie druga runda kosztowała mnie sporo więcej niż pierwsza, a na mecie byłem 3 sekundy szybciej. Niby jest nowy PB, ale nie tak go sobie wyobrażałem. Miejsce 14, PB - 17:17.
Po tym jak zdałem sobie sprawę z tego, że w tym roku jestem kiepski lekko odpuściłem. Trzecią serię kończę w około 18 minut na 16 pozycji. Taki trochę bezemocjonalny strzał.
Ostatnia seria to walka o przetrwanie. Na metę wpadłem jako 20ty, z przeciętnym 18:25. Całościowo jestem zadowolony, bo sumarycznie poprawiłem wyniki z tamtego roku dość wyraźnie. Termin Eliminatora nie jest dla mnie najbardziej szczęśliwy także trzeba się cieszyć nawet z najmniejszych osiagnięć na tych zawodach. Czy top20 w takiej obsadzie to dobrze czy słabo? Tego nie wiem, ale ja się cieszę. Wierzę jednak, że kiedyś będzie lepiej pomimo startu w Piekle (z którego raczej nigdy nie zrezygnuję).
Na podsumowanie całego sezonu przyjdzie jeszcze czas. Teraz chciałem wszystkim podziękować za świetną zabawę na Czantorii, za wiele miłych rozmów i do zobaczenia w 2019. Czas na lekkie roztrenowanie i jedziemy dalej z koksem. Na razie cieszę się z drugiego Super Hero i czekam na więcej :)

Zapis moich zmagań z Czantorią :)