Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Eliminator - górska masakra na Czantorii


Ciężko mi wytłumaczyć moją relację z Czantorią. Niemożliwe jest wyrażenie słowami moich myśli, gdy dziś kolejny raz wstawałem z samego rana - tylko po to, żeby jechać dostać po tyłku na mojej ulubionej górze Beskidu Śląskiego. Tak, dziś był Eliminator. Czy była to 'górska masakra'? Zapraszam na moją relację z tego pięknego wydarzenia.

Zacznę od samego motywu mojego pojawienia się na tym wydarzeniu i chęci do bycia wyeliminowanym. Jarek (pozdrawiam i dzięki!) wrzucił na mojego Facebooka post o Eliminatorze. Widziałem wcześniej imprezę, ale nie byłem przekonany. "Cholera, Czantoria 2 razy, tydzień po tygodniu? - przecież umrę". Pomyślałem nad tym aż 2 dni i ... zapisałem się. "Będzie fajnie" - i tym razem naprawdę było! O 6 wyjechalismy z Gliwic, by po chwili być już w Ustroniu. Sprawnie odbieramy pakiet, lecimy na miejsce startu, rozgrzewamy się i już. Stoimy w strefie startowej, na rękach zielone opaski, które uprawniające do startu w pierwszej serii. Naszym zadaniem jest jak najszybsze dostanie się stokiem do górnej stacji kolejki linowej. Trasa miała długość 1700m, w tym około 430m w górę. "Ta ściana nie ma końca" - tylko tyle dzwoniło mi w uszach przed pierwszym wystrzałem. Ogarnął mnie lekki stres - "Pierwsza seria do odcięcia, byle się dostać do II rundy". A do niej wchodziło 75% najlepszych zawodników. Odliczanie i biegniemy... około 300metrów dalej już ledwo idziemy. "No to zaczynamy zabawę... jest dobrze, idę świetnie, oby tak dalej... ehhh". Patrzę szybko za siebie, widzę sporo osób. Mam cichą nadzieję, ze to wystarcza do kwalifikacji. Nie pozwalam sobie nawet na chwilę zwolnić tempa. Pod koniec pierwszego odcinka stok jest strasznie stromy, jest ciężko. "Sapię jak stara lokomotywa, jak się zakwalifikuję, to przecierpię jakoś II rundę i nawet nie chcę myśleć o niczym więcej". Na metę wpadam z czasem 20:08 i widzę zielone światło. Dostaję niebieską opaskę - "Uff, plan zrealizowany, teraz trzeba szybko się dostać w strefę startu, przeżyć drugie podejście i do domu". Zbiegam w dół, spotykam kilku znajomych - fajna sprawa, oczywiście Was wszystkich pozdrawiam! O 11:00 start II serii. No to biegnę, tym razem około 200metrów i postanawiam przejść do marszu. Był to strzał w dziesiątkę, tętno bardzo przyjemne, czuję się rewelacyjnie. "Hmm, poziom mojego upodlenia ( w oryginale było inne słowo, ale nie wypada :D ) chyba się ustabilizował na jednym poziomie. Gorzej już nie będzie, walczę o cholernę III rundę!". Przyspieszam, na pierwszy pomiarze wchodzę na pomarańczowym świetle (oznaczało to, że jest spore ryzyko, że odpadnę). Nie mogłem nikomu pozwolić się wyprzedzić. Znowu przyspieszam, w najtrudniejszym miejscu wyprzedzam sporo osób i wpadam na metę z zielonym światłem. "Taaak jest! Będzie opaska z napisem Hero, ale czad. Cholera, ale trzeba wejść trzeci raz - przeżyję, mam dziś dobry dzień". II serię kończę z czasem 20:35. Tylko kilkanaście sekund gorzej niż pierwszą, jest bardzo okej! Odbieram czerwoną opaskę i lecę szybko w dół, bo na górze zimno i wieje. Na dole odpoczywam, mam sporo czasu.
Przed startem III serii zdawałem sobie sprawę z tego, że na wejście do finału szans nie mam. Musiałbym podejść szybciej niż za pierwszym razem. Morale trochę mi upadły, postanowiłem iść spokojnie. Ta moja ostatnia seria wyszła mi w czasie 22:25. Według mnie i tak nieźle. W szczegółach wyglądało to tak. Jeszcze przed startem pogadałem chwilę z biegaczami, z którymi poznałem się dziś. Później mniej więcej trzymaliśmy się razem. Co jakiś czas ktoś coś powiedział. Moja głowa była pełna ciekawych myśli. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że najczęściej pojawiały się: "Umieram, daleko jeszcze?, cholera znowu stromo, Czantoria ty ******". W pewnym momencie czułem się już o wiele słabszy, to był chyba jedyny kryzys dzisiejszego dnia. Rozwiązał się szybko, w bardzo niespodziewany sposób. W pewnym momencie wyprzedza mnie biegacz. Patrzę i własnym oczom nie wierzę, bo jest to Robert Korzeniowski we własnej osobie. "O wow, spróbuję trochę z Nim pociągnąć" - kompletnie zapomniałem o jakimkolwiek kryzysie. Długo jednak to nie trwało, bo ja ledwo idę, a Pan Robert nagle zaczyna... podbiegać. "Ok, daję sobie spokój". W dalszej części trasy trzymałem się już do końca wcześniej wspomnianych biegaczy. Czas leciał bardzo szybko i po chwili byliśmy ponownie na najgorszym odcinku trasy. Wcześniej widzieliśmy czerwone światło, więc byliśmy pewni, że to nasza ostatnia runda. Nie szarpaliśmy, nie było ciśnienia, spokojnie dotarliśmy w okolicę mety. Nagle Dawid (gorąco pozdrawiam i dzieki za dziś!) zaczyna szaleńczy bieg do mety. Nie myśląc długo zaczynam Go gonić i wpadamy na matę. Piekielny finish! Tam nareszcie medal, brak czarnej opaski, brak pośpiechu. Byłem wyeliminowany. Co ciekawe, po chwili było mi trochę przykro, że nie dałem rady wejść do finału. Chętnie podbiegłbym to raz jeszcze. Pozostał mi jednak tylko zbieg i mogliśmy wracać do domu. Koniec emocji, koniec Eliminatora. Wyszedł dużo lepiej niż się spodziewałem, była moc w nogach, czułem się fajnie i cały czas czerpałem maksymalną radochę z tego biegu. Tego się nie spodziewałem, tydzień temu podchodziłem kiepsko i myślałem, że tutaj dostanę mocno po tyłku. Tak jednak nie było, dzień zakończyłem na 10km biegania w górę i w dół z 1350m przewyższenia (grubooo). Świetna forma biegu, bardzo mi się podobała - chciałbym mieć szansę częściej startować w czymś takim. Eliminator na pewno na długo zapadnie w mojej pamięci, od dziś mogę się nieskromnie nazywać "Hero" z Czantorii :D Dzięki Jarek za świetny wypad, za to, że mnie 'namówiłeś' na te start. Była moc, Czantoria jest magiczna :D Już nie mogę się doczekać następnych wyzwań w tej okolicy, a na pewno się na nihc pojawię! Trenujemy dalej, trzeba się kiedyś poważnie zabrać za zbudowanie większej siły w nogach i wrócić po czarny pas Czantorii.

Galeria zdjęć

 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)