Plany na przyszłość 21 Historia zawodów 82 Blog 103 Tatry 40 / 110 Góry w Polsce 1 Góry na Świecie Projekty 2 Sprzęt Statystyki

Ultra Trail #DFBG


Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2017 przechodzi do historii. Spędziliśmy świetną, pełną emocji dobę w Lądku Zdrój. Festiwal ma swój unikalny klimat - na pewno będziemy planować ponowną wizytę w przyszłym roku. A co dokładnie się działo?

Krótki wstęp do walki

Na ten piękny festiwal jechałem z mocnym postanowieniem poprawy czasu z Krynicy 2016. Tam utargałem 10godz 47min na dystansie 64km. Tutaj przyszło mi się zmierzyć z dystansem troszkę dłuższym (68km), ale po kolejnym roku treningów nie powinno mieć to znaczenia. W ostatnim czasie czułem się na tyle dobrze, że postanowiłem nawet powalczyć o złamanie 10 godzin. Taki był plan dzień przed wyjazdem...
Piątek, kończymy pracę i jedziemy w 4-osobowym składzie do Lądka. Dołączyli do nas Iza i Paweł. Droga minęła bardzo szybko, wszystko dzięki sprawnej podróży autostradą, a później pięknym widokom do samego końca drogi. Pierwszy raz byłem w tamtych okolicach, gorąco polecam wszystkim, którzy jeszcze nie zaplanowali tegorocznego urlopu. Po dotarciu na miejsce szybko odebraliśmy pakiety, poszliśmy zobaczyć miejsce startu/mety, a następnie podrzuciliśmy Izę i Pawła pod Ich miejsce spania. Z Sonią udaliśmy się na pole namiotowe, które było dla uczestników festiwalu za darmo. Warto o tym wspomnieć, bo panowała tam fajna atmosfera i polecam takie rozwiązanie każdemu, kto będzie się wybierać do Lądka pobiegać w przyszłości :)

Początek biegu

Start mojego dystansu był zaplanowany na godzinę 6:00. Rzeczy były wcześniej przygotowane, więc rano wszystko poszło bardzo sprawnie. Sonia zdecydowała się odprowadzić mnie na start, więc do samego końca nie miałem czasu na niepotrzebne analizy/stres, czy inne głupoty. Lecimy! Początek biegu dość odważnie. Naszym pierwszym celem był Trojak. Na szczycie znalazłem się dość szybko, czułem się rewelacyjnie. Do pierwszego punktu kontrolnego na 10tym kilometrze dotarłem w godzinę i 6minut. Wiedziałem jednak, że ten odcinek był stosunkowo łatwy i szybki. Prawdziwa zabawa miała zacząć się teraz. Czekało na nas dość długie, ciężkie z profilu podejście na najwyższy punkt trasy - Czernicę. Popalić dała mi jednak dopiero końcówka, gdzie faktycznie było dość stromo. Pierwsze fragmenty podejścia nie były takie złe. Podczas zbiegu z Czernicy złapałem zasięg i udało mi się szybko przekazać pierwsze informacje co u mnie słychać. Szybko docieram do drugiego punktu, zatrzymuję się dosłownie na kilka chwil. Uzupełniłem wodę, zjadłem arbuza i lecę. 24km za mną. Już wtedy widziałem, że tempo jest o wiele za mocne, że niepotrzebnie tak gonię, ale kto nie ryzykuje... No właśnie. Stwierdziłem, że nigdy tak dobrze się nie czułem, jak nie dziś to nigdy. Trzeci odcinek trasy był bardzo ciekawy. Spora różnorodność terenu, dużo śliskich kamieni, dużo cienia i krzaczory wyższe ode mnie. Ten fragment miło wspominam, przyłączyłem się do grupki 3 biegaczy, trochę pogadałem i zapomniałem o całym świecie. Na kolejny punkt docieram w świetnym stanie. W ten sposób mam za sobą połowę dystansu.

Jak najszybciej do mety...

Na czwarty odcinek wychodzę szybko, w samotności. Chwilę nie ma drzew, jest konkretny upał. Zadzwoniłem szybko do Soni, pogadaliśmy parę chwil i zacząłem biec. Następne 10km spędziłem w całkowitej samotności. Na trasie nikogo. No dobra, minąłem kilku turystów. Było jedno ciężkie podejście, które dało mi nieźle w kość, ale później był piękny zbieg. Starałem się trzymać jakieś rozsądne tempo i nawet nie wiem kiedy pokonałem dystans maratonu. Po drodze miałem trochę zabawną, ale bardzo nieprzyjemną sytuację. Do ucha wpadła mi mucha! Serio... a jak się tam poruszała to myślałem, że pęknie mi głowa. Całe szczęście po kilku minutach udało mi się jej pozbyć. W sumie zawdzięczam jej całkiem niezłe tempo na zbiegu, bo goniłem do punktu żeby mi ktoś z tym pomógł :D Na punkcie uzupełniłem wszystkie płyny i wiedziałem, że teraz przyjemnie nie będzie. Czekało mnie podejście na Jawornik. Było długie, nudne, mi się już mocno nie chciało. Pokonałem je z jednym z biegaczy. Miło się rozmawiało - tak miło, że zbiegliśmy razem do ostatniego punktu kontrolnego. Tam się rozstaliśmy, bo dostałem smsa, że jestem 4ty w kategorii. Zaczęła się niesamowita walka. Ostatnie 10km to dla mnie mordestwo. Biegłem pod górę, wszędzie gdzie się dało. Na ostatnich kilometrach z górki rozpędzałem się do prędkości poniżej 4:00. Najszybszy kilometr w 4:08. Wszystko po to by spróbować gonić tego zawodnika z 3 miejsca. Niestety, 6minut straty to było za dużo. Jego tempo na koncówce było niesamowite, na mecie byłem ponad 4 minuty później. Mimo wszystko uważam to za swój największy sukces biegowy. 68km w 8godzin 14minut 36sekund. Średnio po 7:16 min/km.

Koniec zabawy - meta!

Na mecie czekała na mnie oczywiście Sonia :* Musiałem na chwilę usiąść, zebrać się do kupy. Zmęczenie było maksymalnie duże, ale było warto. Po chwili spotykamy Izę i Pawła, a później jeszcze kilka innych znajomych twarzy. Było lekkie rozczarowanie 4tym miejscem. Z drugiej jednak strony w ogóle się tego nie spodziewałem, więc nie ma się co zastanawiać - było świetnie. Trasa jest rewelacyjna, strasznie mi się podobała. Cały czas było ciekawie, szybkie podejścia i bardzo fajne zbiegi. Piękne widoki, ciekawy teren - było się gdzie bawić :)
Organizacyjnie też wszystko strasznie mi się podobało. Serdecznie polecam każdemu DFBG, a wybór biegów jest spory! Każdy znajdzie coś dla siebie.

Chciałbym jeszcze pogratulować wszystkim, którzy walczyli na innych (przeważnie dłuższych) dystansach. W Lądku do wyboru były jeszcze takie perełki jak 240/130/110 km. Ogromne brawa dla wszystkich, którzy stanęli na starcie.
Na koniec chciałbym podziękować Soni, Izie i Pawłowi za wspaniały wyjazd. Była świetna atmosfera, zwłaszcza podczas podróży nie było czasu na nudę :D Mam nadzieję, że niebawem jakaś powtórka :)

Czas na odpoczynek! Regeneracja na maksa :D
 

Zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku.

Zostaw mi komentarz! Będę bardzo wdzięczny ;)